RECENZJA #134: Cotton Jones – Paranoid Cocoon (2009)

Powstali 11 lat temu. Cotton Jones (a tak naprawdę The Cotton Jones Basket Ride) w 2008 roku wydali swój debiutancki album The River Strumming, i to od niego zaczęła się ich przygoda. Choć są na scenie już tyle lat, nie zdobyli porażającej sławy. Nie wydali też nie wiadomo jakiej ilości płyt. Właściwie patrząc na ich dyskografię wygląda to tak, jakby ich dobra passa trwała trzy lata. Ostatnie długogrające wydawnictwo, jakie od nich dostaliśmy to pochodzące z 2010 roku Tall Hours In the Glowstream. Po nim zaserwowali jeszcze tylko dwie epki i, niestety, ich fani dalej musieli zadowolić się już tylko solowymi projektami jednego z członków. Ale pomiędzy tymi dwoma wspomnianymi longplayami pojawił się jeden, który powinien poznać każdy – dajcie szansę Paranoid Cocoon, bo to pozycja, która naprawdę poprawia humor.

Od muzyki zawartej na Paranoid Cocoon bije niewyobrażalny spokój. Chillowe kompozycje inspirowane indie folkiem i soulem tworzą bardzo charakterystyczny dla Cotton Jones klimat i porywają już od pierwszych dźwięków. Rozpoczęte bluesowymi dźwiękami gitary Up A Tree (Went This Heart I Have) naprawdę zachwyca połączeniem niskiego, głębokiego głosu Michaela Nau z słodyczą wokalu Whitney McGraw. Dodatkowo gra perkusji, przeszkadzajek i instrumentów dętych tworzy pozorny bałagan. Piękny bałagan. Ostatnie dźwięki syntezatora płynnie przechodzą w nie mniej promienne Gotta Cheer Up o eksperymentalnym zakończeniu.

Choć drugi album grupy to tylko dziesięć kompozycji, trwających nieco ponad czterdzieści minut, nie można narzekać na brak pomysłów czy za mało różnorodności. Z folkowych inspiracji znajdziemy tu monotonne Some Strange Rain, o którym w połowie łatwo pomyśleć, że jest nagraniem instrumentalnym – wokal pojawia się jednak, choć trzeba na niego dobrą chwilę poczekać. Ogromnie podoba mi się następujące po nim, lekkie, bujające Gone The Bells, czy utrzymane w podobnym klimacie By Morning Light,  któremu zwiewności dodaje pojawiające się co jakiś czas pogwizdywanie – ale i warto zwrócić uwagę na użycie smyczków, czy pojawiających się pod koniec dzwoneczków. Te drugie pojawiają się także w poprzedzającym to nagranie, krótkim, bluesowym, instrumentalnym  Photo Summerlude. Osoby, które preferują bardziej energiczne nagrania docenią też pewnie folkowe Little Ashtray In Sun. 

Znalazło się jednak na Paranoid Cocoon miejsce dla ballad ze skromnym Cotton & Velvet na czele – to w nim słychać moim zdaniem największą melancholię. Podoba mi się też delikatne, oparte na akustycznych dźwiękach Blood Red Sentimental Blues. Po piętach depcze im także poruszające swoją subtelnością, zamykające krążek I Am The Changer. 

Słuchając drugiej płyty Cotton Jones momentami ciężko było mi uwierzyć, że ten krążek liczy sobie już dziesięć lat. To komplet nagrań, które brzmią niezwykle naturalnie i świeżo – równie dobrze mogłyby być wydane niedawno. Co podoba mi się najbardziej – wszystko brzmi tu jakby zostało wykonane z największą łatwością, lekkością. Jednocześnie wcale nie są to kompozycje złe, czy zrobione byle jak. Od Cotton Jones słychać przyjemność, jaką czerpią z tworzenia swojej muzyki. Pewnie to jest sekret tego, dlaczego Paranoid Cocoon jest płytą tak ciepłą, tak przyjazną, tak miłą dla ucha. []

Sprawdź: Up A Tree (Went This Heart I Have), Gone The Bells, Gotta Cheer Up 

1 Komentarz

Dodaj komentarz