RECENZJA #135: Myslovitz – Nieważne Jak Wysoko Jesteśmy… (2011)

Zespół, który zapisał się bardzo wyraźnie w historii polskiej muzyki; zespół znany i przez zwolenników muzyki lekkiej i przyjemnej, ale i przez miłośników alternatywy; zespół, który na koncie ma niekwestionowane przeboje, w tym i takie, które zanuci każdy. Myslovitz dzisiaj już nie ma się tak dobrze, jak dawniej, ale jego pozycja i tak pozostanie niepodważalna. Choć może dla niektórych okres świetności grupy zakończył się właśnie na tej płycie – Nieważne Jak Wysoko Jesteśmy… to ostatni krążek, jaki muzycy wydali razem z Arturem Rojkiem na wokalu. A wiadomo przecież, że rzadko kiedy czyjeś odejście narobi tyle szumu, jak wtedy, gdy decyduje się na nie wokalista. Szczególnie już, gdy był wizytówką zespołu przez tak wiele lat.

Przedostatnią płytę Myslovitz poprzedzała pochodząca z 2006 roku Happiness Is Easy. O ile tamta kojarzy mi się z przecinającymi się wzajemnie energią i melancholią, ale owianymi ciepłem, tak na kolejnym albumie muzycy postawili na brzmienie o wiele surowsze, mniej melodyjne, chłodne. Gitary grają w ostrzejszym tonie, a wokal Rojka staje się niższy już w otwierającej wydawnictwo rozbudowanej kompozycji Skaza. To bardzo dobre rozpoczęcie i jedna z najmroczniejszych propozycji z tej płyty.

Najbardziej podoba mi się na tym albumie chęć Myslovitz do eksperymentów. Prostych do zanucenia kompozycji, z których bywają najbardziej znani słucha się łatwo, ale z czasem stają się nieciekawe –   na Nieważne Jak Wysoko Jesteśmy… to brzmienie jest zdecydowanie bardziej instrygujące. Z szybkością przekonał mnie do siebie melancholijny Przypadek Hermana Rotha łączący charakterystyczne podsumowanie, pulsujący bas i niebanalne granie gitary, który dziś uznaję za jeden z najlepszych utworów w całej karierze grupy. Tych, których przekonuje Myslovitz w wersji psychodelicznej poruszy też zapewne o wiele cięższy, mocno gitarowy Efekt Motyla, będący obok czerpiących z rocka Ofiar Zapaści Teatru Telewizji najcięższym nagraniem z tego krążka. O niebo lepiej przedstawia się jednak, moim zdaniem, nieregularna kompozycja 21 Gramów, w której  pojawiają się wzbudzające ciekawość dźwięki, przemieniające się w efekcie w gitarową, końcową melodię. Za ostatnią z grupy piosenek utrzymanych w tym tonie uznaję Blog Filatelistów Polskich – rozpoczęty od równego gitarowego riffu, a zakończony wyśpiewanymi wprost do mikrofonu ostatnimi słowami, jest nagraniem prawdziwie poruszającym.

Nie zabrakło jednak na albumie brzmień lżejszych. Mam tu na myśli zarówno bardzo minimalistyczną balladę Srebrna Nitka Ciszy, ale i single, które choć mniej ciekawe od reszty utworów, są po prostu łatwiejsze w odsłuchu. Prawdopodobnie to Art Brut jest tu najłagodniejszą, najpogodniejszą pozycją o dość ciepłym, w kontekście pozostałych, wydźwięku. Prosto słucha się też bardziej melancholijnego, opartego na miarowym graniu perkusji Ukryte – dla mnie to jednak obraz niewykorzystanego potencjału.

Choć do Myslovitz miewam słabość, mam też świadomość, że w trakcie swojej kariery zaliczyli artystycznie trochę wzlotów i kilka upadków (mało bolesnych, ale jednak spadek formy dawał czasami o sobie znać). Pokazali też wiele kolejnych odsłon, choć w każdej z nich pierwiastek tego pierwotnego Myslovitz został zachowany. Nieważne Jak Wysoko Jesteśmy… śmiało nazywam jednym z moich ulubionych obliczy tego zespołu. Nawet jeśli do tej płyty potrzeba nastroju, nawet jeśli nie jest ona tak prosta, miła i przyjemna, jak niekiedy bywały. Podoba mi się, że jest inna i podoba mi się, że jest odważna. []

Sprawdź: Przypadek Hermana Rotha, Blog Filatelistów Polskich, Skaza

1 Komentarz

  • Muszę nadrobić tę płytę, bo Myslovitz uwielbiam, a nie znam jeszcze ich twórczości w pełni.
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz