RECENZJA #136: Avril Lavigne – The Best Damn Thing (2007)

Avril Lavigne nie czekała długo, by podbić serca nastolatek: chwytliwe melodie, gdzieniegdzie mocniejsza gra gitary elektrycznej, proste, ale trafiające do młodych ludzi teksty i wizerunek buntowniczki okazały się jej przepisem na sukces. Charyzmatycznej osobowości odmówić jej nie można. Mimo wszystko, na każdej płycie udało jej się przemycić do swojej twórczości coś nowego. Rozpoczęła swoją muzyczną drogę z Let Go, na którym zawarła zestaw pop-rockowych piosenek, z których parę zalicza się dziś do jej największych przebojów (I’m With You, Complicated). Drugi album, Under My Skin, ukazał się 2 lata po debiucie i obfitował w zdecydowanie cięższe brzmienia. Ale to na The Best Damn Thing pojawiła się Avril najbardziej charakterystyczna: Avril czarno-różowa.

Pochodzące z 2007 roku wydawnictwo to właściwie przeplatanka piosenek energicznych, gitarowych z zazwyczaj niepozbawionymi patosu balladami, z czego mimo wszystko przeważają te pierwsze. Już na samym początku dostajemy jeden z największych hitów wokalistki, który stał się jedną z jej wizytówek – mowa oczywiście o Girlfriend, na które dziś patrzę z przymrużeniem oka, choć jeszcze parę lat temu zarzekałabym się, że jest wspaniała. Bardziej przekonuje mnie pop-punkowe, gitarowe I Can Do Better, które urozmaicają przejścia między zwrotkami i refrenem. Ten gatunek zresztą często się tu pojawia: jednym z najlepszych nagrań utrzymanych w tym tonie jest szybkie Everything Back But You. Da się też polubić nonszalanckie I Don’t Have To Try – choć o wiele sympatyczniej przedstawiają się jej zwrotki, niż refren. Nie zaskakuje także obecność pasującego do klimatu całej płyty One of Those Girls.  Z łatwością do mojej listy „guilty pleasures” wpasowało się natomiast ciepłe, melodyjne Runaway.  

O dziwo single promujące The Best Damn Thing prezentują się całkiem nieźle. Poza nierobiącym już na mnie większego wrażenia Girlfriend, wciąż z sympatią spoglądam na łączące głośny refren i pół-rapowane zwotki nagranie tytułowe, wiele zawdzieczające charakterystycznej partii basu. Dość różnorodnym nagraniem jest też Hot (połączenie rytmicznych, prostych w budowie zwrotek z cięższym, skierowanym w stronę rockowej ballady refrenem). Co ciekawe, Avril zdecydowała też, że to When You’re Gone ma reklamować krążek. Szczerze cieszy mnie ten wybór, bo to jedna z najbardziej eleganckich i wzniosłych ballad w dorobku piosenkarki. Nie tak źle wypada też przy nim pełne patosu Keep Holding On, skomponowane na potrzeby filmu EragonNajskromniejszą z grupy ballad z albumu jest dość minimalistyczne, na tle reszty kompozycji, poważniejsze Innocence. Poza tym całkiem przyjemnym w odsłuchu nagraniem jest mające singlowy potencjał Contagious, w którym szczególnie lubię subtelne zwrotki.

Nie uważam, by The Best Damn Thing był najlepszym krążkiem w karierze Lavigne. Daleko mi nawet do stwierdzenia, że jest to płyta szczególnie ambitna, czy emocjonalna. To, co jednak cenię w tym albumi to fakt, że Avril wypada na nim po prostu autentycznie. Nawet jeśli jest to porcja muzyki w większości przeciętnej, która na większości zawziętych melomanów nie zrobi wrażenia, a niektóre piosenki z perspektywy czasu wypadają momentami kiczowato, o wiele chętniej bawię się przy nich, niż przy większości współczesnych, czysto popowych hitów. Ta płyta jest jedną, wielką „guilty pleasure”. []

Sprawdź: Everything Back But You, The Best Damn Thing, Innocence

 

3 Komentarze

  • O matko, pamiętam ile hałasu wywołały niektóre single z tego krążka. Nigdy nie przesłuchałem w całości, to dziś z uśmiechem wspominam chociażby „Hot” czy „Girlfriend”.

Dodaj komentarz