RECENZJA #137: Avril Lavigne – Head Above Water (2019)

10

Dziewczyna od buntu, dziewczyna od przebojów, dziewczyna od niepohamowanej energii – tym razem musiała się na chwilę zatrzymać. Właściwie to na dłuższą chwilę. Od przedostatniej płyty, zatytułowanej po prostu Avril Lavigne, musiało minąć prawie sześć lat, by doczekała się następczyni. Wszystko z powodu choroby, jaka dotknęła piosenkarkę w trakcie. Wygrana jednak walka z boleriozą stała się dla niej pretekstem, by wreszcie nagrać album. Choć Avril Lavigne zawsze w swoich utworach powoływała się na własne doświadczenia, jej piosenki nigdy nie miały tak osobistego wydźwięku, jak te zawarte na tegorocznym Head Above Water.

O ile dawniej Avril Lavigne co jakiś czas lubiła nagrać wzniosłą balladę (co często jej się udawało zrobić nieźle – I’m With You Let GoWhen You’re Gone The Best Damn ThingLet Me Go Avril Lavigne), tak na najnowszym wydawnictwie ten typ utworów zdecydowanie dominuje. Na Head Above Water jest sporo patosu. Z jednej strony można było się tego spodziewać – ukazany już wcześniej singiel tytułowy zdawał się zwiastować płytę może niespecjalnie ciekawą brzmieniowo, ale dojrzalszą. Z drugiej – dostaliśmy też kompozycje takie jak wspominająca lata 60., oscylująca między memphis soulem i R&B balladka Tell Me It’s Over, będąca jednym z najbardziej klimatycznych nagrań w karierze piosenkarki. Zupełenie zdezorientowało słuchaczy pojawienie się nagle Dumb Blonde – całkiem udanego power-popowego duetu z Nicki Minaj, będącego jedynym takim wspomnieniem twórczości, z jaką wcześniej można było Avril utożsamiać, a jednocześnie najbardziej energicznym momentem krążka.

Choć fanką power-ballad z reguły nie jestem, wyjątkowo doceniam niektóre umieszczone na Head Above Water. Muszę przyznać, że płyta zaskoczyła mnie pozytywnie od pierwszych dźwięków – dojrzałe Birdie, które zaaranżowano w ładnym, przestrzennym brzmieniu to jeden z najmocniejszych punktów wydawnictwa. Zaraz po nim dostajemy I Fell In Love With The Devil, w którym zaskakuje smyczkowy wstęp. Bardzo osobisty i emocjonalny wydźwięk ma w sobie It Was In Me. Osobom, które polubiły drugą kompozycję zwiastującą płytę, zapewne spodoba się także nieprzekombinowane, posiadające swój urok Crush. 

Niestety nie jest kolorowo przez cały czas. Zupełnie zawodzi mnie słuchanie niezwykle nudnego, popowego Souvenir. Odtworzenie Bigger Wow przywołało u mnie, nie wiedzieć czemu pochodzące z poprzedniego albumu Sippin’ On Sunshine. Nuży także w pewien sposób jednostajne Love Me Insane, natomiast akustyczne Goddess nie grzeszy oryginalnością. Szkoda też zmarnowanego potencjału Warrior, któremu można było nadać więcej głębi i mocy.

Właściwie nie stawiałam Head Above Water oczekiwań. Najnowsza płyta Avril Lavigne to nie jest przełomowy krążek. To też niespecjalnie dobra pozycja wśród innych popowych płyt. Mimo wszystko widzę jej pozytywy: po pierwsze, niezwykle się cieszę, że słyszę w głosie wokalistki emocje, których momentami brakowało mi u niej wcześniej; po drugie: kompozycji zawartych na albumie słucha się całkiem przyjemnie, nawet jeśli przesadnie ambitne one nie są; i po trzecie: dobrze mieć świadomość, że Avril dojrzała, by taki krążek nagrać – świadomy, dojrzały, kobiecy. Coś mi jednak mówi, że jeszcze kiedyś dostaniemy od niej parę skocznych numerów. []

Sprawdź: Birdie, Tell Me It’s Over, It Was In Me 

3 Komentarze

  • Podoba mi się taka Avril. Niby niczym nie może już zaskoczyć słuchacza, a tu nagle kilka zachwycających wokali, jakieś smyczki… Porządny materiał.

  • Muszę przyznać, że jestem trochę zaskoczony. Nigdy namiętnie nie słuchałem płyt Avril, raczej tylko single, ale „Head Above Water” całkiem mi się podoba. Może to tylko jakiś sentyment, ale tak jak piszesz, widać na tej płycie pozytywy 🙂

    Pozdrawiam serdecznie! 🙂

  • Na pewno sięgnę po krążek, choć spodziewam się muzycznej dramy. Avril Lavigne wciąż pozostaje dla mnie wokalistką, do której wracam tylko i wyłącznie z sentymentu.

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz