RECENZJA #144: Madonna – Like a Prayer (1989)

Miana „królowej popu” nikt jej już nie odbierze – trzeba przyznać, że Madonnie z zdecydowanej większości albumów udało się wynieść mniejszy czy większy przebój. Nie inaczej było w przypadku płyty, która obchodzi dziś swoje trzydzieste urodziny. Okazuje się, że niektóre hity pozostają nieśmiertelne. Nawet, jeśli po czasie odnajdujemy je trochę zakurzone, wywołują uśmiech na twarzy. Ale czy wszystko, co znalazło się na pochodzącym z 1989 roku wydawnictwie Like a Prayer, wypada dziś wciąż dobrze jakościowo?

Tytułowy singiel otwierający czwarty longplay artystki to jeden z najmocniejszych jego punktów. Charakterystyczna gra basu, chwytliwy refren, głęboki wokal Madonny, energia – po latach wciąż czuć klimat typowy dla lat 80., lecz nie brzmi to specjalnie kiczowato. Jeszcze bardziej taneczny potencjał ma następujące po chwili skoczne i wpadające w ucho nagranie Express Yourself. Sporo tu zresztą melodii, które nietrudno zanucić nawet przeciętnemu słuchaczowi: śmiem twierdzić, że łatwo skojarzyć choćby refren Cherish, które przypomina o dokonaniach piosenkarki z poprzednich płyt. Za całkiem udany singiel uznaję także basowe Keep It Together. Zaskakuje natomiast wybór na promocję płyty dwóch kompozycji. Mam tu na myśli klasyczną balladę Oh Father i inspirowane folkiem Dear Jessie. 

Ale nie na samych singlach się album opiera. Jak ma się reszta? Przyznaję po cichu, że niektóre nagrania z upływem czasu brzmią nieco archaicznie. Śmiesznie słucha się chociażby opartego na dość kiczowatej wygrywanej przez syntezatory melodii Till Death Do Us Part. Mimo wszystko znajdzie się też sporo takich, które nawet po trzydziestce przedstawiają się dobrze. Podoba mi się przyprawione delikatnie latynoskim klimatem Pray for Spanish Eyes. Spośród ballad doceniam też skromne, ale niezwykle eleganckie, oparte na pianinie i smyczkach Promise to Try – to jeden z moich ulubionych utworów na Like a Prayer. Do tych najbardziej udanych momentów zaliczam także zadziorne Love Song, w którym usłyszeć możemy samego Prince’a. Zaskakuje eksperymentalne, gitarowe, zupełnie nieregularne Act of Contrition, które kończy przygodę słuchacza z tym albumem.

Like a Prayer to takie przejście pomiędzy Madonną znaną z poprzednich krążków: tą kojarzoną z wyższym głosikiem, często ironicznymi przebojami, a tą, którą widzimy potem: dojrzałą, bardziej kobiecą, już całkowicie pewną swojej pozycji (w końcu 3 lata później przemieniła się w jeszcze bardziej kontrowersyjną postać, wydając odważne Erotica). Nie uznaję tego albumu za słaby, choć nie jest to w dyskografii piosenkarki osiągnięcie wyżyn artystycznych. Niektóre kompozycje traktuję z przymróżeniem oka, ale też wiele tutaj takich, którym ciężko odmówić stwierdzenia, że są ponadczasowe. []

Sprawdź: Promise to Try, Love Song, Like a Prayer

2 Komentarze

  • Nie pałałam nigdy do Madonny jakimś szczególnym uczuciem. Lubię niektóre jej piosenki, z Frozen na czele, ale raczej nic ponadto.
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂

  • Madonna trochę za mało dba o swój katalog, choć z drugiej strony skupia się na przyszłych albumach i może to lepiej. Niemniej jednak, wydana dopiero co jubileuszowa edycja „Like A Prayer” brzmi trochę chaotycznie. Nigdy nie uważałem tej płyty za najlepszą w jej dorobku, bo jest według mnie dosyć nierówna. Utwór tytułowy to oczywiście mega klasyka, ale niektóre niesinglowe piosenki po prostu nie przetrwały próby czasu. Moje ulubione momenty to… „Dear Jessie” i… „Act of Contrition” 😉

    Pozdrowienia! 🙂

Dodaj komentarz