RECENZJA #145: Stella Donnelly – Beware of the Dogs (2019)

Indie pop z dnia na dzień staje się coraz bardziej powszechnym gatunkiem, coraz częściej ludzie po niego sięgają, a więc i artystów, którzy postanawiają taką muzykę tworzyć, jest coraz więcej. W marcu zadebiutowała kolejna wokalistka, która może z łatwością zadomowić się w głośnikach miłośników takiej stylistyki. Pochodząca z Australii Stella Donnelly, choć w zeszłym roku wydała na świat pierwszą epkę, Thrush Metal, dopiero teraz zaserwowała debiutancki longplay. Czy muzyka młodej piosenkarki ma szanse skupić wokół siebie niemałe grono melomanów? Przyjrzyjmy się bliżej, temu, co zawarła na Beware of the Dogs.

Właściwie Stella Donnelly nie skupiła na swoim pierwszym długogrającym wydawnictwie czystego indie popu. Chętnie przeplata go z innymi gatunkami, łącząc to wszystko w słodki zestaw trzynastu kompozycji, który otwiera ciepłe nagranie Old Man, zawdzięczające swoją lekkość delikatnym dźwiękom ukulele na początku. Całość subtelnie inspirowana jest folkiem, którego wpływ usłyszymy także w utrzymanym w podobnym tonie Season’s Greetings, gdzie wyraźniej jednak słychać gitarę elektryczną – wciąż niepozwalającą sobie na mocniejsze granie. Stosunkowo energicznym, na tle pozostałych utworów jest też Tricks o najbardziej indie-rockowym wydźwięku z całej trójki. To wyjątkowo wyraziste nagrania z tego krążka.

Poza tym na Beware of the Dogs dominują ballady. Pierwsza, jaką napotykamy to niezwykle oszczędne Mosquito, które spodoba się zwolennikom gatunku lo-fi. Zapewne w ich playliście znajdzie się także miejsce dla bardziej klasycznego Lunch, w którym zaskakuje użycie instrumentów smyczkowych, cicho pogrywających w tle, pochodzącego z ubiegłorocznego minialbumu Boys Will Be Boys, gdzie Donnelly próbuje pokazać siłę swojego, mimo wszystko, delikatnego wokalu, czy gitarowego nagrania tytułowego, jakiemu wyrazistości dodaje wejście perkusji. Charakterystycznym jest także utwór Bistro, zapamiętywalny przez nienachalny bit.

W wielu przypadkach Stella Donnelly ogranicza się w kwestii instrumentów i nie próbuje na siłę urozmaicać swoich utworów. Ta skromność jednak nie wychodzi jej na złe. Nieźle słucha się klimatycznego Allergies, cichego U Owe Me, czy akustycznego Face It. Okazuje się, że oszczędność dźwięków tworzy wyjątkowy nastrój dla tego wydawnictwa i sprawia, że wokalistka brzmi po prostu szczerze i naturalnie. W kontraście do takiego Die, w które zdecydowała się wpleść nieco elektroniki – to, moim zdaniem, najmniej udana pozycja z tego albumu. Nieco lepiej taki eksperyment wypadł w przypadku Watching Telly, choć wciąż pozostaję wierna Stelli w akompaniamencie żywych instrumentów.

Stella Donnelly wypada w swojej stylistyce wyjątkowo uroczo – muzyka, która nie przekracza granicy subtelności, została dobrana w punkt do delikatnego głosu piosenkarki. Beware of the Dogs jest zestawem pozornie monotonnym – może rzeczywiście, słuchając go w całości da się w pewnym momencie ziewnąć, ale dając szansę tym kompozycjom pojedynczo, łatwo odkryć ich potencjał – albo chociaż przyjemność. Debiut Stelli Donnelly to przede wszystkim płyta właśnie przyjemna i ciepła. Nie jest to pozycja przełomowa ani godna niekończących się komplementów, ale sympatyczna – owszem. []

Sprawdź: Old Man, Tricks, Bistro

2 Komentarze

Dodaj komentarz