RECENZJA #146: Connan Mockasin – Jassbusters (2018)

Connan Hosford próbował na wiele sposobów, zanim dotarł do miejsca, w którym jest teraz. W swoim CV może zapisać trzy zespoły: The Four SkinsGrampa Moff i w końcu Connan and the Mockasins, z którymi udało mu się nagrać trzy wydawnictwa. Wreszcie nowozelandzki artysta postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zająć się solową karierą pod pseudonimem Connan Mockasin. I można powiedzieć, że wówczas udało mu się odnieść rzeczywisty sukces – trzy longplaye, film, współpraca z Jamesem Blake’iem oraz MGMT. Album będący przedmiotem dzisiejszej oceny to wydawnictwo dla muzyka dość wyjątkowe, bo powiązane ściśle z filmem, który nakręcił – Bostyn ‚n DobsynJassbusters to jego nieodłączny element. I być może najlepsze dzieło, jakie wyszło spod ręki Hosforda.

Connan Mockasin od początku lubił się z muzyką chilloutową, ale w ramach możliwości oryginalną. Włączając jego ostatni longplay łatwo domyślić się, że będzie tę stylistykę kontynuował. Prosta, basowa kompozycja Charlotte’s Thong zachwyca subtelnymi, zahaczającymi o bluesowe granie solówkami gitary i głosem wokalisty, który dawno nie był tak wyraźny, jak tutaj. Następujące po niej Momo’s urzeka natomiast oszczędnością akustycznych dźwięków. Zaś kolejne, Last Night, które rozpoczyna się krótkim dialogiem na tle wyciszonej muzyki, jest jednym z najlepszych utworów zawartych na Jassbusters, gdzie najmocniejszą stroną jest linia basu – to nagranie, które sprawia, że słuchacz skupia się tylko i wyłącznie na nim, zupełnie hipnotyzujące. Do ścisłej czołówki zaliczam także kompozycję, która była tą wyjątkową, przez jaką postanowiłam sięgnąć po cały krążek Connana. Mowa tutaj o dość orientalnym Les Be Honest, którego wydźwięk wiążę z pobytem muzyka w Tokio.

Ciężko zresztą powiedzieć, by na Jassbusters znalazły się jakiekolwiek typowo słabe utwory. Nawet delikatne, krótkie instrumentalne You Can Do Anything robi wrażenie. Osadzone w bluesowej stylistyce Con Conn Was Impatient sprawia, że od razu ma się ochotę bujać w rytm cichej muzyki, wsłuchując się w delikatny wokal artysty. Bardzo podoba mi się też B’nd, w którym gra basu jest przyczyną wspomnień muzyki lat 90. Równie naturalnie, co reszta wypada także Sexy Man.

Connan Mockasin spisał się wspaniale ze swoim trzecim (licząc reedycję debiutu, to czwartym) solowym albumem. Mieszanka stylistyki lo-fi, indie oraz bluesowych i soulowych inspiracji wypada tu oryginalnie, gdyż artysta zdołał do tej twórczości przemycić pierwiastek swojego unikalnego, muzycznego charakteru. Dlatego właśnie ta płyta jest nie do podrobienia. I dlatego też szybko usadowiła się obok reszty moich ulubionych krążków. []

Sprawdź: Les Be Honest, Last Night, Charlotte’s Thong


Dzisiaj mijają 2 lata, odkąd powstał blog Reckless Serenade. Zakładając go, nie liczyłam, że będzie to coś długoterminowego – raczej potraktowałam go jako spontaniczną przygodę. Cieszę się, że jest tutaj nadal, i oby był jak najdłużej, choćbym miała w końcu pisać do samej siebie. Podziękowania kieruję do moich przyjaciół, którzy wielokrotnie pomagają mi bądź motywują w tym, co robię, ale i do każdego, kto ma chęć czytać moje teksty. Pozdrowienia, A. 🖤

 

2 Komentarze

Dodaj komentarz