RECENZJA #148: Alannah Myles – Alannah Myles (1989)

W historii muzyki rozrywkowej pojawiają się postaci, które pozostawiają po sobie cały szereg hitów – tak rozpoznawalnych, że słuchając ich nawet nie zastanawiamy się, czy to dobre, czy nie – w końcu jest kultowe. Są też tacy, którym udało się wynieść ze swojej twórczości przede wszystkim jeden większy przebój i choć nieważne, czy zna się nazwisko tego wykonawcy czy nie, to zanucić i tak każdy potrafi. Taka Alannah Myles kojarzona jest z głównie jednej kompozycji, jaką określiłabym już nieśmiertelną. Imienny krążek, z którego pochodzi, obchodzi dziś bowiem trzydziestą rocznicę wydania.

Mówiąc o wizytówce Alannah Myles nie trzeba się długo kłócić – bezapelacyjnie jest nią blues-rockowe nagranie Blue Velvet skomponowane w hołdzie dla Elvisa Presleya. Surowa kompozycja została polubiona przez radia i słuchaczy – i jest lubiana do dziś, co zresztą nie jest niczym dziwnym, bo po tylu latach wcale nie straciła na jakości. Właściwie to utwory z debiutanckiego longplaya artystki ogólnie brzmią zaskakująco świeżo, patrząc przez pryzmat tego, że liczą sobie już trzy dekady. Dobrym przykładem jest choćby słoneczne, funkujące Love Is, które równie dobrze mogłoby zostać wydane kilka dobrych lat później. Podobnie jak znacznie skromniejsza, akustyczna, ale wyrazista ballada Hurry Make Love, ukazująca siłę wokalu Myles.

Lubię jednak też na Alannah Myles rockową energię charakterystyczną dla przełomu lat 80. i 90. Otwierająca album piosenka Still Got This Thing świetnie sprawdziłaby się jako ścieżka dźwiękowa dla podroży. Prawdziwie rock-n-rollowe Rock This Joint to za to prawdziwy powrót do przeszłości z dobrą, wyrazistą muzyką. Piosenkarka świetnie wypada w takich klimatach – przyznaję, że nie zawsze jestem fanką kobiet wykonujących muzykę rockową, gdyż nie raz ich barwy głosu gryzą się z resztą, ale ta wokalistka zdołała mnie urzec. Wspaniale wychodzą jej wykony Kick Start My Heart, czy podobnego If You Want To. 

Słabsze punkty wydawnictwa? Mam wrażenie, że w Just One Kiss na początku przesadzono z syntezatorami, choć koniec końców daje radę się wybronić. Do dobrych stron nie zaliczam jednak ballad. Lover of Mine to bardzo typowa dla ówczesnej dekady kompozycja, która dziś brzmi po prostu przeciętnie. Nieco większą energią cechuje się Who Loves You, ale i ona wypada dość blado przy reszcie utworów. Mimo wszystko nie uważam, by były to nagrania nie wiadomo jak tragiczne.

Śmiem twierdzić, że Alannah Myles to dość niedoceniany krążek. W przeciwieństwie do wielu pop-rockowych wydawnictw nie jest kiczowaty. Kompozycje w żaden sposób nie są przerysowane, nie brzmią jak nagrane na siłę, wypadają po prostu naturalnie. Przy tym wspaniale obrazują w pełni to, co typowe dla lat 80.: charakterystyczną grę perkusji, rocka tamtych czasów, ale i ballady z użyciem syntezatorów. A dodatkowo jakość tej muzyki wcale nie spadła. Trzeba mieć talent, by zrobić taki krążek. []

Sprawdź: Black Velvet, Hurry Make Love, Rock This Joint

 

2 Komentarze

  • Ale mi throwback zapodałaś! 🙂 Całej płyty nie pamiętam, chyba najwyższy czas sobie przypomnieć 🙂 Ale „Black Velvet” widziałem przypadkiem przed kilkoma dniami na VH1 i nic się nie zestarzał, dalej trzyma poziom! 🙂

    Pozdrowienia! 😀

  • Bardzo lubię wokal Alannah, jest taki fajnie zadziorny. Całej płyty nie znam, ale chyba czas to zmienić. I bardzo miło było wrócić do „Black Velvet” – tak jak piszesz, zupełnie się ten numer nie starzeje.
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam! 🙂

Dodaj komentarz