RECENZJA #149: Jane’s Party – Casual Island (2019)

Chociaż Jane’s Party istnieją już od 2008 roku, a więc właściwie 11 lat, mogą serdeczne podziękowania skierować do Toma Odella, który to wypatrzył ten właśnie zespół w gąszczu innych i zaproponował im, by zostali supportem podczas jego trasy koncertowej No Bad Days Tour w 2016 roku. Kanadyjska kapela miała za zadanie rozgrzać publiczność przed tym, jak Brytyjczyk wystąpi promując krążek Wrong Crowd. Musieli się nieźle spisać, bo wokalista postanowił „wykorzystać” muzyków ponownie dwa lata później, przy okazji występów z repertuarem z Jubilee Road. Tutaj akurat miałam okazję się przekonać, że rzeczywiście potrafią porwać zgromadzonych wielbicieli, są otwarci i po prostu sympatyczni. Dlatego postanowiłam dać szansę także ich najnowszej płycie, wydanej w lutym tego roku – Casual Island.

Jane’s Party swoją twórczość skupiają przede wszystkim w klimacie indie-rocka, choć trzeba przyznać, że jest to indie-rock dość łagodny i bardzo okrojony, a także oparty na stosunkowo prostych melodiach, zwracający się momentami bardziej w stronę indie-popu. Trochę zanudza początkowe You’re the Light, które brzmi jakby muzycy nie chcieli sobie pozwolić na większą swobodę wykonania. Ale może skupmy się najpierw na pozytywach. Najlepiej wychodzą grupie ballady. Powolne, bujające The Only One to całkiem dobra kompozycja utrzymana nieco w retro-stylistyce. Za jedną z lepszych pozycji uznaję także poprzedzane przerywnikiem Epilogue, skromne Acknowledgements, będące oszczędnym, opartym na grze gitary duetem z Lelandem Whitty – szczególnie podoba mi się eksperymentalna końcówka tego utworu. Ten sam muzyk pojawia się także w mniej ciekawym, ale przyjemnym nagraniu tytułowym oraz zamykającym krążek instrumentalnym Surfing on a Sinewave, w którym czuć ducha lat 90. Grupa pokusiła się zresztą na stosunkowo dużo duetów. Poza Lelandem Whitty, spotkamy tu także wokalistkę Kirty, która swoim delikatnym, kobiecym głosem urozmaiciła opartą na syntezatorach balladę Drive, utrzymaną w dreampopowym tonie. Natomiast do zamykającego płytę Right Down the Line przyłożył rękę producent Skratch Bastid i tym samym oparł ją na dość ciekawym bicie.

Poza tym na Casual Island znalazło się sporo energicznych nagrań, choć nie zaliczam ich do najlepszych. Słuchając niektórych kompozycji miewam wrażenie, że Jane’s Party sami się ograniczają – a może tak się wydaje, bo mimo wszystko to dość proste piosenki, które właściwie ciężko byłoby urozmaicić. Jeśli miałabym jednak wybierać mojego faworyta z tej bliższej indie-rockowi części, postawiłabym na przestrzenne Arrow. Nieco mniej przekonujące jest Wait for You, jakie mogłoby się jeszcze obronić refrenem – gorzej z resztą, która po prostu przynudza. Próbowałam przekonać się do Satellite, ale nie potrafię – przede wszystkim przeszkadza mi pozostawiająca sporo do życzenia produkcja. Za to na niezłym poziomie trzyma się brzmiące dość brytyjsko Straight from the Heart. 

Mam wrażenie, że Jane’s Party ze swoją muzyką wciąż poruszają się po bezpiecznych rejonach, nie wychodząc poza swoją strefę komfortu. Szkoda, bo myślę, że gdyby wykazali się nieco większą odwagą, to mogłoby coś większego z tego wyjść. Inaczej patrzyłabym także, gdyby Casual Island było debiutem. Ale nie jest – tegoroczny krążek to już czwarty longplay w dyskografii zespołu. Choć darzę tych artystów szczerą osobistą sympatią, nie jestem w stanie oszukiwać się, że ich album sprawia nie wiadomo jaką przyjemność. Nie jest oczywiście tragicznie, ale nikt by się nie obraził, gdyby tę płytę bardziej dopracowano. []

Sprawdź: Acknowledgements, Surfing on a Sinewave, The Only One

 

Dodaj komentarz