RELACJA: Julia Pietrucha – Rzeszów, Filharmonia Podkarpacka, 1.04.2019

Talentu nie można jej odmówić. Julia Pietrucha dała się poznać jako aktorka, ale od kilku lat skupia się na swojej działalności muzycznej, w której poszczycić się może kilkoma sukcesami. Artystka zadebiutowała płytą Parsley w 2016, a rok temu powróciła z albumem Postcards from the Seaside. Teraz już nie wysyła słuchaczom jedynie „pocztówek znad morza”, ale zabiera ich ze sobą na podwodny koncert. Jednym z ostatnich przystanków na jej trasie był Rzeszów.

1 kwietnia scena Filharmonii Podkarpackiej została udekorowana meduzami, zawieszonymi ponad sporą ilością różnych instrumentów. To skutecznie utwierdziło w przekonaniu, że Julia Pietrucha za moment wkroczy na nią, by przenieść wielbicieli w morski świat, który wykreowała za sprawą ostatniego wydawnictwa. Po przygotowaniach towarzyszącego piosenkarce zespołu, pojawiła się ona na oczach publiczności, spokojnym krokiem wchodząc na scenę, razem ze swoim nieodłącznym ukulele.

Muszę przyznać, że koncert w ramach From the Seaside Tour 2 to jeden z najlepiej przygotowanych polskich koncertów, na jakich miałam okazję być. Pietrucha wraz z resztą muzyków (którzy zasługują na wielkie oklaski) wykonali utwory z ostatniego krążka właściwie perfekcyjnie, idealnie także tworząc unikalny klimat. Moją uwagę szczególnie udało się przykuć przez energiczne Nie Potrzebujemy Nic, wykonany solowo przez wokalistkę  emocjonalny Niebieski, czy uwielbiane przeze mnie od początku Heaventually. Artystka poszczególne utwory przerywała anegdotami, które nie raz wywołały uśmiech, a nawet śmiech zgromadzonych fanów, bądź po prostu wzbudziły ich zainteresowanie. Przy okazji Ewki Medei wspomniała o istotnej roli kobiet w swoim życiu; wytłumaczyła też, że zawieszone ponad zespołem meduzy parzą, gdy z instrumentu wydobędzie się nieczysty dźwięk. Wracając jednak do samej setlisty, nie zapomniano i o kompozycjach z Parsley (On My Own, określone przez Julię „ich małym hiciorem”, czy Living on the Island, wykonane w bardziej melancholijnej aranżacji). Niespodzianką był występ z Piosenką Kuby Jaźwieckiego, gitarzysty grupy.

Koncert Julii Pietruchy to niezwykle sympatyczne wydarzenie. Wszystko tu robi wrażenie: od fenomenalnych, bezbłędnych wykonów do atmosfery i relacji pomiędzy muzykami. Tutaj każdy gra jakąś rolę, nikt nie jest odepchnięty na drugi plan. Jeśli meduzy parzą, gdy coś idzie nie tak, jestem pewna, że im to nie grozi. Dajcie się zaciągnąć na morską przygodę z Julią Pietruchą. Ja z całego serca ją polecam.

1 Komentarz

Dodaj komentarz