RECENZJA #151: Lor – Lowlight (2019)

Na polskiej scenie od kilku dobrych lat trwa okres rozkwitu muzycznego. Co chwila zauważyć można kolenych debiutantów. A to pojawi się nowa wokalistka, a to piosenkarz, a to obiecujący zespół. Jednak nie jestem pewna, czy tak wielu z nich poszczycić się może sukcesami, jakie na swojej liście mają dziewczyny z Lor. Cztery pochodzące z Krakowa młodziutkie artystki poza klubowymi koncertami w całej Polsce, mogą też wspominać swoje występy w ramach najważniejszych krajowych festiwali: Open’er, Orange Warsaw, czy OFF. Choć Lowlight to ich długogrający debiut, w rzeczywistości ich pierwsze utwory ujrzały światło dzienne już w 2015 roku. Zagorzali wielbiciele grupy musieli czekać więc dość długo, by móc trzymać album tego zespołu w ręce. Ale chyba było warto.

Cztery lata temu artystki na własną rękę wydały epkę Welcome, Welcome, I’m a Worm. Stawiając najnowsze kompozycje obok ich pierwszych poczynań, można powiedzieć, że dojrzały, ale pozostały wierne swojej oszczędnej, wyjątkowej, folkowej stylistyce. Z tego minialbumu umieściły na Lowlight tylko dwa odświeżone utwory – klasyczne, „lorowe” Windmill i podszyte nutą grozy Patty Boo. Jednak nagrania, które już w założeniu miały znaleźć się na krążku, ujawniane były od 2017 roku. Na pierwszy ogień poszedł oparty na pianinie, skromny Keaton, charakteryzujący się wzniosłym refrenem, w którym jednak nie przesadzono z patosem. Tego samego roku usłyszeliśmy przywodzące na myśl wiosnę, delikatne, smyczkowe Aquarius. Na zimę zespół zaserwował chłodniejsze Christmas Morning: Busza’s in the Garage, które urzeka spokojem bijącym od wokalu Jagody Kudlińskiej. Wreszcie, pod koniec marca mogliśmy ucieszyć uszy obłędnym Matches, które tylko zaostrzyło apetyt na cały krążek.

Włączając pierwszy raz Lowlight, wiedziałam, że Lor nie zawiodą. Przepiękne, otwierające wydawnictwo Bonum porusza już pierwszymi dźwiękami gospelowego śpiewu. Okazuje się, że na takiej formie wokalu opiera się cała kompozycja, która zresztą okazuje się być jedną z najlepszych pozycji na albumie. Ciekawie przedstawia się także nabierające tempa Cinnamon, czy baśniowe, nieszablonowe The King. Zdecydowanie warto też zwrócić uwagę na Happy Birthday, w którym wykorzystano znaną melodię, jakiej nadano prawdziwie melancholijnego wydźwięku, czy oparte na wysokich dźwiękach (hipnotyzująca gra pianina!) Landscapes. Tym, którzy lubią surowe dźwięki powinny spodobać się wspaniale zakończone Ribbon, czy też Girl With The Flaxen Hair, gdzie to skrzypce wysuwają się na pierwszy plan. Nieco cieplej wypada przy nich dojrzałe Aberdeen. Całość pięknie zwieńczona zostaje za sprawą Machinarium – rozpoczęta chóralnym śpiewem płyta, również zostaje nim zakończona.

Wiedziałam, że Lowlight to nie będzie płyta byle jaka. W końcu muzyka tych uzdolnionych dziewczyn nie mogłaby tak po prostu, z dnia na dzień się zepsuć. Jednak sama nie spodziewałam się, że wywrze na mnie aż tak wielkie wrażenie. Ten debiut to prawdziwe świadectwo artystycznej dojrzałości grupy, która zdołała wypracować sobie zupełnie niezwykły, niepowtarzalny na polskiej scenie styl. Bo trzeba przyznać, że drugiego takiego zespołu u nas nie znajdziemy – mało jest takich, co podejmują się folkowego grania, za to Lor robią to fantastycznie i przede wszystkim po swojemu, zabierając słuchacza w inny świat. Zważając na ich młody wiek, aż ciężko sobie wyobrazić, co zdołają jeszcze wymyślić na swojej drodze. To album, od którego bije naturalny spokój, idealny by się wyciszyć. Lowlight jest płytą niezwykle spójną, a przez to i monotonną. Ale odmówić tym artystkom olbrzymiego talentu byłoby zwyczajnie niepoprawne. []

Sprawdź: Bonum, Christmas Morning: Busza’s in the Garage, Patty Boo

Dodaj komentarz