RECENZJA #152: Lea Michele – Places (2017)

Na twórczość Lei Michele zawsze patrzyłam z niechęcią. Wokalistka ani nie może się pochwalić szczególnie wyróżniającą się barwą głosu, niektóre jej piosenki przyprawiały mnie albo o zawroty głowy, albo sprawiały, że ziewałam w nadmiernej ilości. Na domiar złego z tyłu głowy pozostawała informacja, że to kolejna aktorka, która postanowiła się wślizgnąć do muzycznego biznesu. Na debiutanckim Louder zawarła jeden z najgorszych typów popu, jaki może być: zupełnie nieciekawy, słabo wyprodukowany i zupełnie nieoryginalny. Na pochodzącym sprzed dwóch lat Places zmieniła kierunek i powróciła z płytą, która na pierwszy rzut oka i ucha wydaje się być nadejściem nowej Lei – dojrzałej i świadomej. No właśnie. Wydaje się.

Może znana z serialu Glee piosenkarka nie przestawiła się drastycznie na zupełnie inny gatunek. Places nadal może stać w sklepie na półce działu „pop”, z tym, że zamiast tanczecznych niby-przebojów, tym razem Michele przygotowała dla słuchaczy ballady. Stanowczo za dużo ballad. Może rzeczywiście należy ją pochwalić za odwagę na wydanie płyty, która przecież „zagrożona” była ryzykiem słabej sprzedaży. Ale poza tym, naprawdę ciężko jest znaleźć powód dla bicia piosenkarce braw, tym bardziej, że ona sama w tę płytę miała niewielki wkład. Jedynym utworem, którego jest współautorką to zamykające płytę, ciche, delikatne, oparte na pianinie Hey You. To jedno z subtelniejszych nagrań na tej płycie.

Tak naprawdę to słuchając singla, który ten album promował, może nie byłabym zachwycona, ale na pewno nie pomyślałabym, że Places będzie płytą specjalnie złą. Love is Alive to może nie powalająca na kolana, ale naprawdę zgrabna, wzniosła, a przy tym niekiczowata ballada, wskazująca na to, że piosenkarka dojrzała muzycznie. Podoba mi się, w jak subtelny sposób wykorzystano orkiestrę symfoniczną, zaś sama Lea Michele pokazuje siłę swojego wokalu. Za taki przyzwoity utwór uznałabym również nabierające mocy Run to You. Dość wyróżnia się wyraziste, utrzymane w rytmie walca Heavenly, którego współautorką jest Ellie Goulding. Zniosę też nienarzucające się Sentimental Memories.

Czego natomiast znieść nie mogę? Nudzi mnie zupełnie nijaka power-ballada Believer, podobnie zresztą jak kiczowate Anything’s Possible, przywodzące na myśl wszystkie te ballady eurowizyjne, które brzmią tak samo. Więcej też oczekiwałabym od Heavy Love, wiedząc, że współtworzyła je Allie X – tymczasem to kolejna, niewyróżniająca się pozycja. Nie rusza mnie ginące wśród reszty Proud, oparte na podobnym schemacie, co reszta. Podobne odczucia towarzyszą mi słuchając opartego na pianinie, nużącego Gateway Car, czy dynamicznego Tornado. 

Podsumowując to wydawnictwo, ciężko mi nawet powiedzieć, że Lea Michele mnie zawiodła, bo przecież żadnych oczekiwań jej nie stawiałam. Może ciężko jest też nazwać Places płytą wtórną, mówiąc to w kontekście jej dyskografii. Również warto zauważyć, że istnieje mnóstwo płyt opartych na samych balladach, które jednak w jakiś sposób potrafią się obronić. A krążek Michele obronić się nie może,  bo wokalistka ani nie odkrywa tu nic nowego, ani też nie wypracowuje sobie swojego stylu. Dodatkowo utwierdza mnie w przekonaniu, że nie śledząc poczynań tej piosenkarki, nie stracę za wiele. []

Sprawdź: Love is Alive, Heavenly

1 Komentarz

  • Są tacy artyści, którym nie w parze idzie wykonywanie dwóch rzeczy jednocześnie. Panna Michele była idealna w roli Rachel w serialu „Glee” to jednak albumowo kiepściutko. Mam dokładnie te same odczucia – niczym nie wyróżniający się wokal, słabe produkcje, generalnie nuuudy. Wniosek? Mizerny, a szkoda, bo przecież rola w tak popularnym serialu to ogromna reklama.

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz