RECENZJA #153: Billie Eilish – WHEN WE ALL FALL ASLEEP, WHERE DO WE GO? (2019)

To aż zadziwiające, jakie uznanie wśród tak różnorodnych słuchaczy zdołała sobie wyrobić Billie Eilish. Fakt, że też za jej naziwskiem idzie sporo kontrowersji i sprzecznych zdań: a to, że to jej muzyka to taka pseudo-alternatywa; że fałszywa z niej osoba; że to kolejna nastolatka z niby-problemami; że jej muzyka jest nudna i nic się tam nie dzieje. Czy tego chcemy, czy nie, Billie Eilish udało się osiągnąć popularność, która, jak wiadomo, nie zawsze idzie w parze z jakością. Ale przysięgam, że już dawno nie spotkałam się z piosenkarką, która nie wpasowując się w określone schematy czy panującą modę, osiągnęłaby w popie taki rozgłos. A jej wiek tym bardziej sprawia, że po prostu ciężko w to wszystko uwierzyć. I podczas, gdy niektórzy głowią się nad jej fenomenem, wokalistka zadaje inne pytanie: WHEN WE ALL FALL ASLEEP, WHERE DO WE GO?.

„I have taken out my Invisalign, and this is the album” – zapowiada artystka w pełniącym funkcję intra, kilkunastosekundowym !!!!!!!. To powitanie płynnie przechodzi w ostatni przebój Eilish (zresztą, towarzyszy mu nawet w teledysku). Hipnotyzujące bad guy od razu przykuwa uwagę tanecznym bitem przerywanym licznymi zwolnieniami – również tym najdłuższym, które usłyszymy pod koniec. Kompozycja szybko zawitała w słuchawkach, nie tylko moich, ale i wielu innych słuchaczy. Po tym jak już udało się wokalistce ukazać taneczny, choć surowy oczywiście potencjał, postanawia zwolnić tempo i serwuje nam balladę – a tych na płycie sporo.

xanny to jedna z moich ulubionych pozycji. Przepiękne przejście z basowej, cichej zwrotki w elektroniczny, psychodeliczny, mroczny refren tworzy niezwykły, charakterystyczny dla Eilish klimat, a wykorzystanie wokali acapella pod koniec to ciekawy zabieg. Doceniam też when the party’s over, którego najmocniejszą stroną są wokale i warstwa liryczna. Na podobnym poziomie oceniam minimalistyczne, emocjonalne listen before i go. O dziwo mimo tego, że Billie lubi elektronikę, znalazło się też miejsce dla przede wszystkim akustycznego i love you, urozmaiconego dziecięcym śpiewem, słodkiego 8, czy opartego na gitarze wish you were gay. 

Choć WHEN WE ALL FALL ASLEEP, WHERE DO WE GO? przepełnione jest smutkiem, nie brakuje tu i utworów, do których dałoby się potańczyć, na czele z inspirowanym trapem you should see me in a crown, czy all the good girls go to hell, które sprawia wrażenie, jakby piosenkarka śpiewała wprost do naszych uszu. Za najbardziej komercyjne nagranie uznaję electropopowe my strange addiction, za to jednostajne ilomilo wręcz hipnotyzuje. Dla tych, którzy pozostają wierni najbardziej psychodelicznym klimatom, poleciłabym bury a friend, w którym to padają słowa będące tytułem płyty. Całość została zwieńczona pożegnaniem – w goodbye usłyszymy wersy, które przewijały się przez całą płytę. To ciekawa wiązanka wszystkich poprzednich kompozycji, udowadniająca, jak spójny jest album Billie Eilish.

Właściwie słuchacze wokalistki są podzieleni teraz na dwa obozy – jeden ma dosyć całego hype’u, uważa, że wszystkie zachwyty to spora przesada. Drugi zasłuchuje się w WHEN WE ALL FALL ASLEEP, WHERE DO WE GO? i czerpie z tego samą przyjemność. Przyznaję, że bliżej mi do drugiej grupy. Choć zazwyczaj wszechobecny zachwyt nad czymkolwiek sprawia, że czuję niechęć do tej rzeczy, to w przypadku Billie Eilish, jakimś sposobem mi on nie przeszkadza. Może dlatego, że cieszy mnie fakt, iż nareszcie na szczycie popularności jest ktoś, kto na to zasługuje. Ponieważ ta artystka wniosła do popu coś świeżego, choć wydawałoby się, że już tego osiągnąć nie można. To nie komplet kolejnych mdłych nagrań typowo pod radio. Muzyka na tym krążku jest mądra i, w przeciwieństwie do wielu innych przebojów, coś przekazuje, nie jest taka oczywista, nie boi się udziwnień. Stoję murem za talentem Billie Eilish i chciałabym, by w popie było coraz więcej osób z takim otwartym umysłem, jaki ma ona. []

Sprawdź: xanny, bad guy, when the party’s over

 

 

3 Komentarze

  • Polubiłam „bad guy” i rzuciłam tę płytę w niepamięć. Nawet nie dlatego, że jest zła (zgadzam się, że nie jest oczywista i jest to jeden z największych jej atutów), ale nic mnie nie przyciąga, by ją zapętlać. A już na pewno odstręcza wszędobylskość wokalistki; to robi się dla mnie męczące.
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂

  • Byłem bardzo ciekaw, co napiszesz w swojej recenzji 🙂 Ja jestem w tym momencie chyba pomiędzy obozami, o których piszesz. „bad guy” jeszcze mi się podoba, ale reszta płyty (choć nie dosłuchałem jeszcze do końca – jestem mniej więcej w połowie) coraz mocniej mnie nuży. Nie wiem jeszcze czy Billie ma wystarczająco wyobraźni, żeby się ze swoim brzmieniem rozwinąć. Zobaczymy.

    Pozdrowienia! 🙂

  • Pomijając dyskusje na temat jej autentyczności – Billie nagrała REWELACYJNY album, który prawdopodobnie już do końca roku pozostanie na podium najlepszych krążków 2019 roku. Nikt tak ostatnio nie upiększa mi wieczornych chwil jak jej muzyka 😀
    Podsumowanie w punkt! 🙂

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz