RECENZJA #154, #155, #156: Natalia Kills – Perfectionist (2011), Trouble (2013) & Cruel Youth – +30mg (EP, 2016)

Natalia Kills – Perfectionist (2011)

Debiutancki album Natalii Kills (dziś prędzej kojarzonej z o wiele bardziej udanego projektu, Cruel Youth) to wydawnictwo łączące przede wszystkim dance- i synth-pop, choć niekoniecznie w dobrym smaku. Mówione intro Perfection przeradza się w serię mało ciekawych, komercyjnych nagrań. Na pierwszy ogień idzie Wonderland, które byłoby jeszcze strawne, gdyby nie zupełnie nieprzemawiający do mnie kiczowaty refren. Nie kupuję także opartego na syntezatorach Zombie, w których wokal Kills został przerobiony na tyle, by przekroczyć moją granicę wytrzymałości. Sytuacji nie ratuje duet z will.i.am zatytułowany Free, który określiłabym mianem EDM-owego. Echo tego gatunku usłyszymy w jeszcze gorszym Nothing Last Forever, do którego dołączył się Billy Kraven. Ze wzruszeniem ramion mijam także Love Is A Suicide, które przypomina mi czasy „kryzysu” muzyki pop. Wokalistka próbuje czasami eksperymentować, decydując się na użycie gitar elektrycznych, które w połączeniu z melodią dają pop-rockowy efekt. Czy jednak to wychodzi? Na pewno nie zdziałało w przypadku niby-zadziornego Superficial. Nieco spójniej wypada to w  Break You Hard, za to najpłynniej gitary przechodzą w elektronikę w przypadku Not in Love. Szkoda, że zmarnowano potencjał Acid Annie, które koniec końców wypada kiczowato. Jeśli mam wskazać na przyjemniejsze momenty tego krążka, wybieram Kill My Boyfriend, którego zwrotka przypomina mi odrobinę dawną twórczość Lily Allen. Nieco lepszą produkcją na tle reszty cechuje się proste, balladowe Heaven (na fanów power ballad czeka także Broke), czy subtelne If I Was God. Wyróżnia się także wyrazisty przebój, który z tego krążka udało się wynieść Natalii – synth-popowe Mirrors, które w swoim gatunku wypada całkiem znośnie. Podsumowując jednak ten album, nie zaliczę go do specjalnie udanych debiutów. Za dużo tutaj kiczu, za dużo zapychaczy, za mało odwagi. Perfectionist z pewnością nie sprawia wrażenia, jakoby jego autorka miała być tytułową perfekcjonistką, a wręcz przeciwnie, dużo jej do niej brakowało. Ale grunt to się rozwijać. []

Sprawdź: Kill My Boyfriend, Heaven


Natalia Kills – Trouble (2013)

Następca Perfectionist ukazał się dwa lata później i w pierwszym momencie aż ciężko uwierzyć, że tę płytę nagrała ta sama osoba. O ile jakiekolwiek próby bycia zadziorną na debiutanckiej płycie kończyły się kiczowatym efektem, tak tutaj już rozpoczyna się całkiem nieźle. Energiczne Television to wciąż nagranie utrzymane w stylistyce synth-popowej, ale jakże ciekawszej od tej z poprzednika. Następujące po nim Problem to nagranie chaotyczne, ale i interesujące – dzieje się w nim wiele: od rockowego pierwiastka po elektroniczne ekperymenty. Dobrze słucha się inspirowanego retro, delikatnego Outta Time,  w którym podobają mi się dźwięki gitary. Filmowy początek Controversy sugeruje, że kompozycja będzie czymś podobnym do wcześniejszego nagrania. Okazuje się jednak być dość ciekawym popowym utworem, który przywodzi mi na myśl Madonnę na American Life. W podobnym tonie utrzymano też głośne Rabbit Hole, podrasowane basowymi dźwiękami. Muszę przyznać, że ten komplet wystarczył, by Natalia Kills zyskała w moich oczach. Zaskoczyła mnie także udaną balladą Marlboro Lights, której mocną stroną jest brak przesady z patosem. Są tu też nagrania, które może całościowo nie porywają aż w tak dużym stopniu, ale warto je docenić choćby ze względu na ciekawą produkcję. Do takich zaliczę surowe Stop Me, przerywane mroczniejszymi momentami Watching You czy Boys Don’t Cry, które pewnie chętnie przygarnęłaby także Avril Lavigne (gitarowe zwrotki). Podoba mi się też chęć Kills do wykorzystywania niebanalnych rozwiązań, jak chociażby sampel Rich Girl Hall & Oates w elektronicznym Daddy’s Girl. Szkoda mi Devils Don’t Fly, które ma wielki potencjał, ale brzmi jak wiele innych power-ballad, jakie miałam okazję słyszeć. Nieco mniej przekonują mnie Saturday Night i tytułowe Trouble, przypominające o klimacie Perfectionist. Ku mojemu zdziwieniu Trouble okazało się być jednak pozycją całkiem niezłą. Okładka tego krążka sugeruje pewien przepych, który faktycznie panuje również w muzyce. Ale mimo wszystko nie wypada to ani szczególnie niespójnie, ani też niesmacznie. Wręcz przeciwnie, gdy patrzę na współczesny radiowy pop, to chciałoby się więcej płyt tego pokroju, które pokażą, że i do tego gatunku da się podejść w niebanalny sposób. []

Sprawdź: Controversy, Rabbit Hole, Problem


Cruel Youth – +30mg (EP, 2016)

Oto ostatnie, jak dotychczas, wcielenie Teddy Sinclair. Tym razem piosenkarka zabiera ze sobą męża – Willy’ego Moona i nazywa ten projekt Cruel Youth. To też zdecydowanie mój faworyt spośród odsłon artystki. Jaka muzyka kryje się pod tą nazwą? To wciąż granie popowe, choć skierowane bardziej w stronę dream-popu, co zdołało udowodnić już otwierające wydawnictwo, senne, ale i na swój sposób mroczne Everything Was Beautiful. Grupa zdołała mnie do siebie przekonać przede wszystkim bujającą balladą Hatefuck. Podoba mi się, że w wokalu Sinclair  wreszcie pojawiają się emocje, których wcześniej sporo razy mi brakowało (choć na Trouble dużo się poprawiło). Śpiew to także mocna strona Mr. Watson, łączącego retro-stylistykę z rozwiązaniami charakterystycznymi momentami dla trapu. Fanom tego nagrania przypadnie także do gustu I Don’t Love You, w którym jednak więcej pobawiono się elektroniką. Przepięknie przedstawia się także baśniowe Diamond Days, utrzymane we wspaniałym, wzniosłym tonie. Alexis Texas udowadnia, że członkowie Cruel Youth nie boją się ani orientalnych brzmień, ani czerpania z hip-hopu. Dodając do tego Florida Blues, które zdaje się być połączeniem wszystkiego, co charakterystyczne dla tych muzyków, może się wydawać że mamy do czynienia z mieszanką wybuchową. Na szczęście kompozycje zawarte na +30mg to naprawdę spójny komplet, który jest tylko dowodem na to, że w Teddy Sinclair skrywał się momentami uśpiony potencjał. Na szczęście Willy Moon postanowił go obudzić. I dobrze, bo wyszło z tego coś naprawdę wartościowego. Na tyle, że nie mogę doczekać się ich debiutanckiego longplaya. []

Sprawdź: Everything Was Beautiful, Diamond Days

4 Komentarze

Dodaj komentarz