RECENZJA #158, #159: Taylor Swift – 1989 (2014) & Ryan Adams – 1989 (2015)

Taylor Swift – 1989 (2014)

Dzisiaj na nazwisko Taylor Swift mało kto ma w pierwszej kolejności przed oczami dziewczynę z gitarą, grającą piosenki country – choć to w takich klimatach obracała się na początku swojej kariery. Teraz ta amerykańska wokalistka prędzej kojarzy się z popem. Tymczasem 1989 był krążkiem przełomowym dla Swift, gdyż to za jego sprawą definitywnie zamknęła rozdział country w swoim muzycznym życiu. Piąta płyta piosenkarki składa się z prostych, popowych piosenek. Sporo z nich ma czysto radiowy potencjał. Do takich zaliczyć można otwierające wydawnictwo, elektroniczne Welcome To New York i oczywiście single, które tę pozycję promowały. A musiało być ich sporo, skoro Taylor pierwotnie nie zdecydowała sięna umieszczenie 1989 w serwisach streamingowych. Na pierwszy ogień poszło chwytliwe, pozytywne Shake It Off, dziś jeden z największych przebojów artystki. Dobrze przyjęło się także dość typowe dla Swift Blank Space, a trochę szumu wywołało kontrowersyjne Bad Blood. Dla mnie spośród singli najprzyjemniej przedstawiają się Wildest Dreams, w którym spodobało mi się ciekawsze niż w przypadku reszty piosenek użycie syntezatorów. Obok niego stawiam Style, jakie przekonało mnie funkującym bitem w zwrotkach. Dość przyzwoicie przedstawia się także surowe Out Of The Woods. Okazuje się, że wśród nie-singli nie dzieje się za dużo ciekawych rzeczy. Warto zatrzymać się na chwilę przy zahaczającej o dream-pop balladzie This Love. Dość przyjemnie słucha się też monotonnego, subtelnego Clean. Są też takie utwory, przy których wzruszam ramionami (nudne I Know Places i kiczowate I Wish You Would) i takie, których ciężko mi słuchać (brzmiące dość infantylnie All You Had To Do Was Stay i How You Get The Girl). Podsumowując więc 1989 szczególnie oryginalną pozycją wcale nie jest. Wprawdzie piosenek zawartych na tym albumie nie słucha się szczególnie źle, ale ciężko też mówić, by stały na wysokim poziomie, czy odznaczały się czymś, co byłoby charakterystyczne dla Taylor Swift. []

Sprawdź: Wildest Dreams, Style, This Love


Ryan Adams – 1989 (2015)

Takiego posunięcia raczej nikt się nie spodziewał. Chyba nikomu nie przeszło przez myśl, że artysta pokroju Ryana Adamsa postanowi piosenka po piosence zinterpretować cały album 1989 po swojemu. Podeszłam z dystansem do informacji, że chce on nagrać covery wszystkich pozyci z płyty Swift, no i towarzyszyło mi wahanie czy to aby na pewno dobry pomysł. Ale okazuje się, że amerykański muzyk wręcz uratował te utwory. Welcome to New York z średnio udanej, infantylnej pozycji, staje się przestrzenną, osadzoną w indie-rocku przyjemną, energiczną piosenką. Blank Space nabiera melancholijnego wyrazu.  Ogromnym zaskoczeniem okazuje się być indie-rockowe, flirtujące z funkiem Style, godne najlepszych zespołów tego gatunku. Nieco tylko mniejsze wrażenie robi basowe All You Had to Do Was Stay. Największym zaskoczeniem jest tutaj przepełnione spokojem Shake It Off, które brzmi jakby było nagrane jeszcze w poprzedniej dekadzie, a także Out of the Woods, jakie przeszło zupełną metamorfozę. Nieźle wypada też How You Get the Girl, okazujące się być po prostu dobrą balladą, uzupełnioną delikatną grą instrumentów smyczkowych. Podoba mi się też, że Ryan Adams dodaje piosenkom Swift więcej emocji: jak w przypadku This Love, czy łatwo zapamiętywalnego Wildest Dreams oraz I Wish You Would, które w oryginale wiało kiczem. Najsłabszym punktem jest Bad Blood, które zostało po prostu nagrane w akustycznej aranżacji. Mimo wszystko i tak słucha się go przyjemniej od pierwotnej wersji. 1989 w wykonaniu Adamsa to przygoda stokrotnie ciekawsza od tego, co zaprezentowała Taylor Swift. Choć te kompozycje wyszły spod jej ręki, mam wrażenie, że to jednak w aranżacjach tego artysty brzmią bardziej szczerze, emocjonalnie, ciekawie. I na pewno sięgam po nie o wiele chętniej niż oryginały. []

Sprawdź: Shake It Off, Style, Out of the Woods

4 Komentarze

  • Ja osobiście nie lubię przeróbek oryginałów, ale propozycja Ryan’a Całkiem nieźle się prezentuje. 1989 od Taylor w całości nie pamiętam, jedynie single szczerze powiedziawszy. Lubię je bo to prosty pop za którym najbardziej przepadam.
    Pozdrawiam!

  • „1989” to płyta, od której zacząłem lubić Pannę Taylor. W zasadzie to album komercyjnie idealny, bo większość zamieszczonych kawałków mogłaby samodzielnie podbijać radiowe listy przebojów. Za refren „Wildest Dreams”, pozytywny ‚Shake It Off” i za całe „Style” lubię do tego krążka wracać 🙂

    Pozdrawiam!

  • Świetny pomysł! 🙂 Taylor Swift nie darzę jakąś wielką miłością, znam single, ale właśnie słucham sobie „Blank Space” w wykonaniu Ryana i się mocno ekscytuję 😉 Jasne, zgadzam się z Tobą odnośnie końcowego wniosku. Aranżacje Swift są po prostu plastikowe, a Ryan tchnął w nie nowe życie 🙂

    Pozdrowienia i miłego weekendu! 🙂

Pozostaw odpowiedź Scarlett Anuluj pisanie odpowiedzi