RECENZJA #160: Miley Cyrus – SHE IS COMING (EP, 2019)

Miley Cyrus pokazała się już słuchaczom chyba ze wszystkich możliwych stron. Na Meet Miley Cyrus pozostała w cieniu granej przez siebie Hannah Montany, na pop-rockowym Breakout łatwo udało jej się muzycznie przedstawić jako dobry materiał na idolkę nastolatek bez swojego alter ego u boku, dojrzała na The Time Of Our Lives, a Can’t Be Tamed było elektronicznym, pierwszym przejawem buntu. Jednak to Bangerz wiązało się z erą największych kontrowersji i zupełnym odcięciem się od swojego dawnego wizerunku. Niekomercyjne, eksperymentalne Miley Cyrus & Her Dead Petz okazało się być w pewnym sensie kontynuacją nowego image’u, ale muzycznie stało o kilka poziomów wyżej od swojego typowo popowego poprzednika. Wydawałoby się, że wraz z nadejściem łagodnego Younger Now, wokalistka pozostanie już „grzeczna”. Ale zamiast tego, chce być po prostu szczera i wydaje SHE IS COMING – jedną z trzech epek, które ostatecznie ułożą się w album SHE IS MILEY CYRUS. Więc kim jest tym razem?

Piosenkarka nie zmieniła drastycznie ogólnego biegu swojej kariery, gdyż nadal serwuje nam kompozycje, które ogółem można zaliczyć do muzyki pop, choć trzeba przyznać, że notoryczni słuchacze inspirowanego folkiem i country Younger Now mogli zaznać małego zdziwienia. Trwające niecałe 20 minut SHE IS COMING zwrócone jest zdecydowanie bardziej w stronę elektroniki, niż akustycznych brzmień i bliżej mu do takiego Dead Petz niż poprzednika. Otwierające krążek, osadzone w trapowej stylistyce Mother’s Daughter to jeden z najmocniejszych punktów tego krótkiego wydawnictwa. Główną tego zasługą są odważne słowa:

Don’t fuck with my freedom.

Mało oryginalne, ale przyjemne Unholy to nagranie, od którego bije autentyczność. Jednak pomimo odważnego tekstu, muzycznie o wiele większe wrażenie zrobiły na mnie bardziej melancholijne, chłodne Party Up The Street, w którym udzielił się Swae Lee, a do produkcji rękę przyłożył Mike WiLL Made-It, oraz łatwo wpadające w ucho D.R.E.A.M. z niespodziewaną rapowaną partią Ghostface Killah. Dość zaskakująco przedstawia się energiczne, hip-hopowe, chaotyczne Cattitude, do którego z kolei zaproszono Ru Paula. Ostatecznie to całkiem niezły, porywający kawałek. Zamykające płytę nagranie The Most to natomiast najprostsza i najłagodniejsza kompozycja, w której słyszę echo piosenek z poprzedniego albumu. Mimo tej prostoty, ostatecznie przedstawia się całkiem przyzwoicie.

Miley Cyrus ukazała się już w tak wielu odsłonach, że ciężko było mi stwierdzić, czego właściwie spodziewać się tym razem. Wiedziałam, że w moim osobistym rankingu raczej nie uda się jej przebić Miley Cyrus & Her Dead Petz, ale mimo wszystko pokładam w tej artystce jakieś nadzieje. I nie zawiodłam się. SHE IS COMING sprawia wrażenie wydawnictwa, na którym piosenkarka jest już w pełni świadoma tego co robi. A najbardziej w tym wszystkim podoba mi się to, że znalazła bilans między buntowniczką, którą tak bardzo chciała być, a tą autentyczną, dobrą i szczerą osobą. []

Sprawdź: Mother’s Daughter, D.R.E.A.M.

3 Komentarze

  • To fajnie, że nastały czasy, w których Panna Cyrus w końcu zaczęła akceptować tą część siebie z przeszłości. Z poprzednimi krążkami bywało różnie, a zapowiedź nowego, gdzieś mi umknęła. Na pewno po niego sięgnę!

    Pozdrawiam!

  • Jest na tej EPce kilka ciekawych momentów, ale tak naprawdę wrażenie zrobiły na mnie tylko Mother’s Daughter i The Most. To i tak więcej, niż do tej pory, jeśli chodzi o mnie i Miley 😉

    Pozdrowienia! 🙂

Pozostaw odpowiedź bartosz-po-prostu Anuluj pisanie odpowiedzi