RELACJA: Troye Sivan, Miles Kane, Miley Cyrus – Orange Warsaw Festival, 1.06.2019

Na ten dzień czekałam z niecierpliwością. Kiedy tylko organizatorzy Orange Warsaw Festival ogłosili, że zamiast Cardi B, headlinerką drugiego dnia festiwalu zostaje Miley Cyrus, nie zastanawiałam się długo – bilet wstępu na 1 czerwca, miałam już tego samego dnia. Niewiele jest wykonawców, na których koncert decyduję się w właściwie sekundę. Ale nie zobaczyć największej idolki z dzieciństwa, kiedy ma się możliwość, byłoby po prostu niepoprawne. Niedługo potem przeczytałam, że przy tej okazji będę mogła także ujrzeć Milesa Kane’a – jednego z liderów uwielbianego przeze mnie The Last Shadow Puppets, które ceni sobie większość fanów Arctic Monkeys. I jeszcze sympatyczny Troye Sivan na dokładkę. Lepiej być nie mogło.

Swoją drogą, obiektywnie patrząc, uważam, że lineup tegorocznego OWF naprawdę przedstawiał się przyzwoicie, a na pewno tak, by każdy znalazł coś dla siebie, natomiast ci, którzy lubią w muzyce różnorodność, łatwo się nie znudzili. Było trochę polskiego rapu (QuebonafideJan-RapowanieOtsochodzi), coś dla miłośników prostej elektroniki (Marshmello), porządne R&B (Solange), fajne nazwiska polskiej alternatywy (BitaminaLorJulia Pietrucha), nieco rocka (The RaconteursMiles Kane) i oczywiście dobrze znany pop (Rita OraTroye SivanMiley Cyrus). Sama byłam dość ograniczona biletem jednodniowym, ale i tak sądzę, że skład, który zaprezentował się 1 czerwca był istną petardą.

O ile koncertu Jana-Rapowanie słuchałam jednym uchem i obserwowałam kątem oka (choć wywnioskowałam, że jednak ma swoją grupę słuchaczy, którzy dobrze się bawili przy jego kompozycjach), o tyle występ Troye’a Sivana niezwykle mnie ciekawił. Wokalista sam w sobie zawsze kojarzył mi się miło, choć jego muzyka pół na pół (muszę jednak przyznać, że za sprawą ubiegłorocznego Bloom nieco naprawił moją przeciętną opinię o nim, którą stworzył przez średnie Blue Neighbourhood). Pomimo, że nie zostałam na całym jego występie (Miles Kane wzywał), te pół godziny, które na nim spędziłam, wspominam jako jedną z najprzyjemniejszych chwil tamtego dnia. Piosenkarz wyszedł na scenę wykonując na starcie przyjemne Seventeen, a przez fanów został powitany mnóstwem tęczowych flag, które – jak wspomniał – bardzo go ucieszyły. Energiczne nagranie tytułowe z ostatniej płyty zdołało skutecznie zarazić pozytywną energią. Ucieszyła mnie obecność HEAVEN – wykonanie jednego z moich ulubionych utworów z debiutu artysty okazało się być niezwykle wzruszające. Ogromny niedosyt pozostał, a więc już wypatruję kolejnych odwiedzin Australijczyka w Polsce z nadzieją, że uda mi się go ponownie zobaczyć i tym razem zostać do końca.

Podczas, gdy Troye odbywał lekcję mówienia słowa „Dziękuję”, ja odbyłam bieg pod Warsaw Stage, gdzie już wkrótce miał pojawić się wyczekiwany przeze mnie Miles Kane. Brytyjczyk rozpoczął swój występ energicznym, nieregularnym Silverscreen. Ucieszyło mnie, że muzyk pomimo stosunkowo niedawnego wydania Coup De Grace, nie zapomniał o swoich poprzednich krążkach. Szczególnie ucieszyła mnie obecność pochodzącego z jego debiutanckiego albumu (Colour Of The TrapInhaler. Chwilą wytchnienia było spokojniejsze Shavambacu i moje ukochane Wrong Side Of Life. Dobrze bylo usłyszeć także eksperymentalne, nietypowe LA Five Four (309). Mnie jednak mimo wszystko najbardziej poruszył cover dobrze znanego przeboju Donny Summer Hot Stuff, któremu Miles Kane wraz z towarzyszącymi muzykami dodał funk-rockowej energii. Na zakończenie (które usłyszałam już spoza namiotu, pod jakim znajdowała się scena) nie mogło zabraknąć osobistego hitu artysty – Come Closer.  Po koncercie Milesa postanowiłam chwilę ochłonąć, więc nie pchając się w koncertowy tłum, z większej odległości posłuchałam spektakularnego powrotu zespołu The Raconteurs, mówiąc sobie, że przy następnej okazji już sobie ich tak łatwo nie odpuszczę. Po cichu liczę, że promując nową płytę jeszcze wrócą do Polski.

W końcu nadszedł ten moment, na który „jedenastoletnia ja” czekała najbardziej. Miley Cyrus miała wyjść na główną scenę o godzinie 23:00. Po kilku minutach spóźnienia i wyświetleniu intro promującego jej najnowszy projekt, rzeczywiście pojawiła się na niej, wyśpiewując ostatni przebój spod ręki Marka Ronsona – Nothing Breaks Like a Heart, po którym zaprezentowała kilka swoich najnowszych produkcji z epki, która pojawiła się dzień wcześniej (SHE IS COMING), by w końcu wykonać swoje największe przeboje: We Can’t Stop, Malibu, Party in the U.S.A., podczas którego wielbiciele wręcz oszaleli, Can’t Be Tamed (które ucieszyło mnie najbardziej) oraz niezapomniane Wrecking Ball. Nie pominęła także coveru Jolene, z którym zakolegowała się już na dobre. Ciężko jednak ukryć, że pomimo prób interakcji z publicznością, Miley Cyrus sprawiła wrażenie osoby nieco zdystansowanej i wycofanej, a ponadto sama długość koncertu pozostawiła wiele do życzenia – niespełna 50 minut to zdecydowanie za mało jak na gwiazdę wieczoru i to takiego pokroju jak ta wokalistka. Od samej setlisty też oczekiwałam nieco ciekawszych momentów – najbardziej zawiódł mnie brak choćby jednej kompozycji z Miley Cyrus & Her Dead Petz, ale nie obraziłabym się też za odświeżenie czegoś z debiutu piosenkarki, czy nawet płyty Breakout. A już zupełnie nie mogę przeboleć, że nie zdecydowała się na wykon The Climb, który z pewnością poruszyłby jej długoletnich wielbicieli. Mimo wszystko, technicznie ciężko tu coś zarzucić – Miley Cyrus zachwyca swoim wokalem, a same aranżacje przygotowane zostały bardzo starannie, ona zaś porywa pewnością siebie i ostatecznie nic nie było w stanie zepsuć mi dobrej zabawy przy twórczości osoby, która przecież w jakiś sposób wpłynęła na moje postrzeganie muzyki i świata.

3 Komentarze

  • Ahhh… Tegoroczny Orange Warsaw Festival prezentował się znakomicie. I gdybym sb wcześniej przypomniała podczas mojego pobytu w Polsce, że jest to na pewno bym się wybrała. No niestety …

  • 50 minut koncertu to żart, serio. Nawet jak na festiwalowe występy – które z reguły są krótsze – główna headlinerka na scenie to tak ponad godzinkę to minimum?

    Miałem się wybrać na OWF, ale ostatecznie nie znalazłem motywacji do kupienia biletu. W tym roku jednak koncerty nie aż tak – dla mnie – ciekawe, choć na Ritę Orę i Jana-rapowanie bym poszedł 🙂

    Pozdrawiam!

    • Co do tych 50 minut to rzeczywiście przesada, grający przed nią The Raconteurs, którzy headlinerami nie byli, zagrali ponad godzinę. Poza tym Miley nie była już ograniczona żadnym kolejnym koncertem, bo na Orange Stage występowała jako ostatnia. Tak czy tak bawiłam się świetnie, choć wiem, że jeśli ktoś poszedłby tylko na jej koncert, to mógłby żałować tych 260 zł za bilet :/

Dodaj komentarz