RECENZJA #161: Placebo – Battle for the Sun (2009)

Dziś są uznawani za jeden z istotniejszych zespołów grających szeroko pojęty rock alternatywny. Ciężko powiedzieć, by było to byle co, bo grupą Placebo zachwycił się sam David Bowie, który to zabrał muzyków ze sobą w trasę koncertową jeszcze zanim wydali jakąkolwiek płytę, następnie zaprosił ich na swoje urodziny, aż wreszcie zaproponował, by nagrali razem utwór zespołu, zatytułowany Without You I’m Nothing. Nic dziwnego, iż mówi się, że to właśnie ten wokalista otworzył im drogę do kariery. Mimo wszystko, muzyczny dorobek zawdzięczają tylko i wyłącznie sobie samym. Ciężko w to uwierzyć, ale od wydania ich przedostatniej studyjnej płyty mija w tym roku 10 lat. Po Battle for the Sun pojawiło się już tylko Loud Like Love i właściwie od 2013 roku Placebo nie spieszą się z ujawnianiem nowej muzyki. Ale czy ta sprzed dekady jest chociaż nadal świeża?

Ostre, dynamiczne Kitty Litter swoją energią zachęca, by zostać z Battle for the Sun dłużej. Zaraz po nim dostajemy dość proste, ale szybko wpadające w ucho Ashtray Heart, którego najbardziej charakterystycznym punktem są te fragmenty wyśpiewywane w języku hiszpańskim (Mi cenicero, mi corazon de cenicero). Dość chwytliwie wypada także For What It’s Worth, mające nawet taneczny potencjał. Podobnie określić można nagranie The Never-Ending Why, (choć cechuje je brzmienie cięższe od powyższego), czy szybkie, porywające Breathe Underwater. Jednak o ile wszystkie te utwory krążą wokół brzmienia charakterystycznego dla Placebo, tak zupełnym zaskoczeniem jest tutaj Julien, które tę typową dla nich stylistykę łączy z nieco bardziej basowymi, a nawet elektronicznymi dźwiękami, dając ciekawy, surowy efekt. Do czołówki moich faworytów z krążka zaliczam obok niego wkręcające, rytmiczne nagranie tytułowe, które w ciekawy sposób nabiera coraz szybszego tempa, ale i momentami ustępuje bardziej balladowym momentom.

Ponadto na Battle for the Sun nie mogło zabraknąć takich kawałków, które są dla muzyków naprawdę typowe i szybko wpasują się w gusta długoletnich fanów grupy. Do takich zaliczyć można choćby całkiem przyjemne i stosunkowo lekkie Bright Lights, bądź nieco cięższe, ale wciąż utrzymane w konwencji ballady Speak in Tongues o wspaniałym, wzniosłym zakończeniu. Zwolennicy delikatniejszych utworów zadowolą się także dość eleganckim Come Undone, które mnie osobiście jednak nie zachwyca, a prędzej nuży. O wiele ciekawiej przedstawia się w moich oczach Happy You’re Gone, którego subtelniejsze fragmenty przecinają się z wejściami głośniejszych gitar elektrycznych. Dość zaskakujące okazują się rozwiązania w Kings of Medicine, rozpoczęte grą gitary akustycznej, a zwieńczone orkiestrowym zamknięciem, które nadało temu nagraniu klasy.

Nie nazywałabym Battle for the Sun albumem najlepszym w karierze Brytyjczyków. Może i te kompozycje słuchane pod rząd w końcu znużą, ale kiedy sprawdzi się każdą osobno i każdej poświęci chwilę skupienia, okazuje się, że są one na swój sposób ciekawe i po prostu dobre. Przede wszystkim jednak, 10 lat, które przed chwilą minęły od ich wydania, wcale nie sprawiły, że utwory brzmią gorzej. Muzycy Placebo wypracowali sobie tak unikalny styl, że właściwie dziwnym by było, gdyby nagle zaczęli brzmieć kompletnie inaczej. A więc po tej dekadzie, Battle for the Sun nadal kupuje i słucham z przyjemnością. []

Sprawdź: Julien, Battle for the Sun, For What It’s Worth

2 Komentarze

  • Bardzo lubię utwór tytułowy i, w ogóle, brakuje mi regularnych zastrzyków muzyki od Placebo. Mogliby wreszcie coś wydać 😉

    Pozdrawiam serdecznie! 🙂

Dodaj komentarz