RELACJA: Lao Che, Daria Zawiałow, Mery Spolsky, Mela Koteluk, Ralph Kaminski i inni – Co Jest Grane 24 Festival, 14-15.06.2019


PIĄTEK – 14.06.2019

Po dłuższym zastanowieniu, nastapił ten moment, w którym wykreśliłam z mojej listy festiwali, w jakich chcę uczestniczyć, kolejny punkt. Tym razem padło na Co Jest Grane 24 Festival, reklamujący się jako „najbardziej wyluzowany festiwal w Warszawie”. Tegoroczny line-up zachęcił mnie na tyle, by wybrać się na oba dni tego wydarzenia, szczególnie, że różnica między ceną jednodniowego biletu a karnetu nie była jakaś kosmiczna. Piątek rozpoczęłam od zaklimatyzowania się – siedząc na hamaku pośród drzew jednym okiem śledziłam odbywający się na głównej scenie test klasyki rocka z Rock Radiem, po czym wybrałam się do Zamku Ujazdowskiego, gdzie na Wysokie Obcasy Stage miała wystąpić grupa Tęskno. Muzycy, którzy wśród polskich słuchaczy zdobywają coraz większe uznanie zaprezentowali komplet swoich melancholijnych piosenek – tych z debiutanckiego albumu Mi, ale i najnowszą – tegoroczne Bzdury. Wreszcie jednak nadszedł moment, na który czekałam od lutego. To wtedy ostatni raz widziałam się z Lao Che, a ich koncerty ciężko z głowy wyrzucić. Jedni z moich mistrzów polskiej sceny muzycznej pojawili się na scenie Co Jest Grane 24 chwilę po 17:00 i rozpoczęli swój występ podobnie jak ten w Rzeszowie – utworem Zbieg z krainy dreszczowców. Nie zabrakło oczywiście szlagierów pokroju WojenkiNie raj, czy Govindam, jednak na szczególną uwagę zasłużyła nowa, ujmująca aranżacja Prąd stały / Prąd zmienny, która o wiele bardziej pasuje do brzmień, w których Lao Che obecnie siedzą. Osobiście uważam, że słucha się jej sto razy przyjemniej. Ciężko pominąć mi przy tej okazji fakt, że niezwykle ucieszyła mnie możliwość spotkania z samymi muzykami i zdobycia podpisu każdego z nich na krążku Dzieciom – jednym z moich ulubionych od grupy. Jeszcze większą radość sprawiło mi to, że w żaden sposób nie kolidowało to z kolejnym koncertem, na którym mi zależało – mowa o Darii Zawiałow, którą miałam okazję widzieć czwarty raz, w tym trzeci na pełnym koncercie. Pomimo, że z płytą Helsinki średnio się przed koncertem lubiłam, na samym występie te kompozycje okazały się być istną petardą, pełną rockowej energii, nabrały wyrazistości, której studyjnie zdecydowanie mi brakowało, a sama wokalistka okazała się być o wiele bardziej otwarta, niż jak zapamiętałam ją z ostatniego razu (który to miał miejsce podczas Europejskiego Stadionu Kultury). Natomiast koncert Waglewski Fisz Emade był dla mnie najbardziej luźnym momentem całego dnia – postanowiłam posłuchać artystów raczej z oddali, siedząc na trawie i zajadając frytki kupione w jednym z food trucków. Miałam małą nadzieję, że chociaż na chwilę pojawię się na koncercie Pawła Domagały, ale widząc tłum obecny w Zamku Ujazdowskim (a nawet przed nim), po prostu zrezygnowałam i zakończyłam festiwalowy dzień po kilkunastu minutach koncertu O.S.T.R.


SOBOTA – 15.06.2019

Nie ukrywam, że to jedna z wokalistek tego dnia była dla mnie głównym pretekstem, by pojawić się na CJG24. Mowa oczywiście o Mery Spolsky, która każdym koncertem kradnie moje serce. Nie mogłam się doczekać, by zobaczyć ją po kilku miesiącach przerwy. Oczywiście z powodu tego, że to jednak festiwal, setlista wokalistki musiała zostać nieco okrojona, więc tym razem odpuszczona została znaczna ilość utworów z Miło Było Pana Poznać (choć cieszę się, że mój ukochany Salvador Spolsky wciąż na niej pozostał) na rzecz nowszych produkcji. Nie zabrakło Ups! (podczas którego do Mery dołączył iGorilla), nowego FAK i dwóch piosenek, które jeszcze nie zostały wydane, ale na nowej płycie Spolsky się pojawią – mowa tu o Bigotce Technosmutku. Sama Mery jak zawsze była wulkanem energii, który nie gaśnie nawet w tak upalne dni jak ten. Po tym, jak już obowiązkowo udało mi się spotkać z wokalistką i zamienić z nią słówko, zrobiłam sobie krótką przerwę, po jakiej udałam się zobaczyć Melę Koteluk, która wykonała przede wszystkim utwory z wydanej zeszłego roku Migawki. Dobrze było usłyszeć Odprowadź, które od dłuższego czasu prześladowało mnie w radiu i chodziło po głowie, ale i piosenki z poprzednich krążków: Żurawie Origami Migracji, czy tytułową kompozycję z debiutanckiego Spadochronu. Największym sobotnim zaskoczeniem (no dobrze, może obok niespodziewanego spotkania Dawida Podsiadło przechadzającego się po terenie festiwalu) był dla mnie koncert Ralpha Kaminskiego. Artysta stworzył prawdziwe show razem z My Best Band In The World, prezentując trochę nowego materiału z nadchodzącej płyty, o której powiedział, że „będzie jak będzie”. Nie zapomniał jednak całkowicie o Morzu, z którego usłyszeliśmy kameralny utwór tytułowy, osłuchane przeze mnie Podobno, musicalowe Meybick Song, czy Zawsze, podczas którego wokalista zszedł bliżej do swoich wielbicieli. Nowa era jego twórczości jednak zapowiada się wspaniala i o wiele ciekawiej niż poprzednia, a więc z niecierpliwością wypatruję reszty Kosmicznych Energii! Podsumowując cały festiwal i samą jego koncepcję, zrobił na mnie ogromnie sympatyczne wrażenie, przede wszystkim swoją swobodą i spokojem. Tutaj nie musiałam się martwić ani o miejsce pod sceną, ani o przestrzeń, by się pod nią poruszać w rytm granych utworów, a kiedy chciałam, usiadłam na trawie wsłuchując się w dźwięki i nie było to nic dziwnego. Z chęcią wybrałabym się w to miejsce również za rok, jeśli zestaw artystów przedstawi się równie ciekawie.

 

Dodaj komentarz