RECENZJA #163, #164, #165, #166: Michael Jackson – Got To Be There (1972), Ben (1972), Music & Me (1973), Forever, Michael (1975)

Got To Be There (1972)

Debiut Michaela Jacksona to z pewnością nie jest artystycznym popisem, jakie serwował nam w późniejszych latach okrzyknięty „królem popu” artysta. Jeśli postrzegać Got To Be There w kategorii popisu, z pewnością prędzej zauważyć tu można położenie nacisku na wokal. A tym czternastoletni wówczas chłopiec faktycznie mógł się pochwalić. Jednym z najmocniejszych punktów tej płyty jest jej otwarcie – cover przeboju Ain’t No Sunshine Billa Whitersa to wykonanie zaskakująco dojrzałe jak na tak młodą osobę. Porywające, rock’n’rollowe Rockin’ Robin wprawdzie oryginału Bobby’ego Daya nie przebiło, ale ma w sobie mnóstwo uroku i młodzieńczej energii. Spośród cudzych kompozycji mamy tu jeszcze dość popularne, ale moim zdaniem niegrzeszące oryginalnością You’ve Got A Friend, które o wiele emocjonalniej wypada w pierwotnym wykonaniu Carole King. Podobnie sądzę zresztą na temat Love Is Here And Now You’re Gone – cover Jacksona przy oryginale The Supremes przedstawia się po prostu dość infantylnie. Nie jestem fanką przepełnionego patosem Wings Of My Love, podobnie zresztą jak samego Got To Be There, czy In Our Small Way, które dziś brzmią trochę archaicznie – niestety, nie w tym dobrym znaczeniu. O wiele korzystniej Michael Jackson wypadł w czerpiącym z soulu, energicznym I Wanna Be Where You Are, czy basowym Maria (You Were The Only One), będącego najlepszym nagraniem spośród tych napisanych specjalnie dla artysty. Warto jednak zaznaczyć, że sporo wad leży w samych aranżacjach utworów, które inaczej „ubrane” mogłyby wypaść nieźle – tak jest w przypadku choćby Girl Don’t Take Your Love From Me. Ostatecznie Got To Be There to płyta o której powie się, że ładna, że wykonana z wyjątkową precyzją, że przepełniona dziecięcym ciepłem. Można się uśmiechnąć raz, drugi, trzeci, ale koniec końców dojdzie się do wniosku, że na dłuższą metę na próżno szukać w niej czegoś ponadprzeciętnego – może poza wyjątkowym talentem wokalnym. []

Sprawdź: Maria (You Were The Only One), Ain’t No Sunshine, Rockin’ Robin


Ben (1972)

Choć trzy pierwsze albumy Michaela Jacksona momentami zlewają mi się w jedną całość, skupiając się przy słuchaniu Ben – drugiego longplaya wokalisty – można dostrzec minimalny progres (choć został on wydany tego samego roku, co poprzednik). Kompozycja tytułowa to naprawdę zgrabna, naturalnie wypadająca, wzniosła ballada – i przy okazji jedyny singiel, który promował ten krążek. Poza tym dobrze słucha się prostego Greatest Show On Earth, które zostało utrzymane w musicalowym klimacie. Z jakiegoś powodu ponownie pojawiło się tutaj In Our Small Way, które usłyszeliśmy już na Got To Be There. Podobnie jak tam, również na Ben nie zabrakło coverów. Mieszane uczucia budzi Shoo-Be-Doo-Be-Doo-Da-Day – wykonaniu Michaela zabrakło swobody obecnej w oryginale Steviego Wondera. Z pierwotną wersją nie może się też równać My Girl. Za to całkiem nieźle wypadło przy nich pochodzące z początku lat 60., utrzymane w stlu R&B Everybody’s Somebody’s Fool, czy ciekawie wykonane People Make The World Go ‚Round, urozmaicone licznymi wokalami. Jednak i tutaj nie zabrakło echa poprzedniej płyty, które słychać w prostym We’ve Got A Good Thing Going i nieco kiczowatym What Goes Around Comes Around. Fajnym zamknięciem wydawnictwa jest energiczne You Can Cry On My Shoulder, które w nowocześniejszej aranżacji mogłoby się stać przebojem późniejszych lat. Ogólnie rzecz ujmując, choć Ben stoi mały stopień wyżej ponad Got To Be There, ciężko stwierdzić, by na pierwszy „rzut ucha” różnił się od niego znacząco. Na Michaela Jacksona w swojej najlepszej odsłonie nadal musimy poczekać. []

Sprawdź: Ben, Greatest Show On Earth, Everybody’s Somebody’s Fool


Music & Me (1973)

O ile można pewne rzeczy wybaczyć pierwszy raz – bo można nie mieć doświadczenia – i drugi też – bo może jednak warto dać kolejną szansę – tak przy trzecim podejściu jest ciężko. Music & Me to kolejny wytwór wydany pod szyldem Motown, na którym nie znajdziemy nic, co jakkolwiek mogłoby zaskoczyć po podobnych do siebie Got To Be There Ben. Otworzona zgrabną balladą Steviego WonderaWith A Child’s Heart płyta ponownie obraca się w klimacie skromnie zaaranżowanych, prostych utworów, i tym razem nie oszczędzając na coverach.  Pochodzące z końca lat 30. All The Things You Are zostało odegrane jak prawdziwy, taneczny, disco-przebój i przekonuje do siebie o wiele bardziej niż trochę nużące, ciężkie Too Young, opublikowane na początku lat 50. Gdzieś między nimi plasuje się mające swój urok, osadzone w R&B Doggin’ Around. Ponownie jednak mamy tu do czynienia z nagraniami, które zwyczajnie nie zaskakują – ile można powielać schematy, takie jak najprostsza linia melodyjna w Up Again, Euphoria czy Morning Glow. Trochę jaśniej prezentuje się przy nich energiczne Johnny Raven. Spośród samych ballad najlepiej przedstawiają się akustyczne, ciche Music And Me i subtelne Happy pochodzące z filmu Lady Sings The Blues. Po tych trzech krążkach nie powiedziałabym jednak, że wróżę Michaelowi Jacksonowi karierę największej gwiazdy popu w historii. Ale na szczęście czekał go jeszcze tylko jeden przystanek w Motown. []

Sprawdź: With A Child’s Heart, Music And Me, All The Things You Are


Forever, Michael (1975)

Nie lubiłam specjalnie wracać do albumów Michaela Jacksona, które zostały wydane przez popularną wytwórnię Motown. Ale wspominając je, zawsze jakoś cieplej patrzyłam na Forever, Michael. Nie sądzę, by pozwolono się artyście popisać o wiele bardziej, ale to właśnie tutaj wreszcie słyszymy ten charakterystyczny wokal króla popu i to tu nareszcie mam wrażenie, że utwory są samemu wokaliście bliższcze, bardziej osobiste, nawet jeśli wciąż nie przyłożył ręki do ich powstania. Może to uczucie wywołane choćby za sprawą Dear Michael, które samym tytułem odnosi się bezpośrednio do Jacksona. Właściwie usłyszeć możemy tu utwory, które zdają się brzmieć, jakby miały wpływ na przyszłe dokonania piosenkarza: mowa przede wszystkim o balladach takich jak You Are There, One Day In Your Life, czy I’ll Come Home To You których styl najwyraźniej polubił, bo ich echo usłyszymy potem choćby w niektórych utworach z Thriller. Warto też zwrócić uwagę na taneczne Just A Little Bit Of You, zwiastujące to, co nadejdzie na Off The Wall. Do przyjemniejszych momentów z lekkim przymrużeniem oka zaliczam także bujające Cinderella Stay Awhile, pulsujące Take Me Back, czy mniej zaskakujące We’re Almost There. Znalazło się też miejsce na średnio zaskakującą, ale w pewnym sensie dojrzałą balladę, We’ve Got Forever. Zupełnym zaskoczeniem jest natomiast nowatorskie Dapper Dan. Nawet jeśli era Motown nie była najlepszą w karierze Jacksona, cieszy uszy to, że pożegnał ją przyzwoicie – przynajmniej częściowo wynagrodziło to te mniej miłe wspomnienia. []

Sprawdź: Just A Little Bit Of You, Dapper Down, Take Me Back

Dodaj komentarz