RECENZJA #167, #168, #169: Michael Jackson – Off the Wall (1979), Thriller (1982), Bad (1987)

Off the Wall (1979)

Jeśli w jakimkolwiek stopniu prześledziliście kiedykolwiek przebieg kariery Michaela Jacksona, nie mogło umknąć waszej uwadze zdanie, że Off the Wall było w dorobku wokalisty krążkiem przełomowym. To właśnie tym wydawnictwem artysta odciął się od wytwórni Motown, otwierając sobie tym samym drogę do realnego wpływu na wykonywaną muzykę, a co za tym nadeszło – również do wielkiej kariery. W tym wszystkim pomógł mu Quincy Jones, który przyłożył rękę do produkcji jego najpopularniejszych płyt. Na tej pierwszej godnym uwagi jest funkujące nagranie tytułowe, w którym najwięcej robi wspaniała linia basu i płynny rytm wygrywany przez perkusję, który nadaje jej charakteru disco. Warto zatrzymać się także przy następującym po nim subtelnym, napisanym przez Paula McCartneya Girlfriend, zgrabnie łączącym R&B z funkowymi wpływami. Nieźle wypada zamykajace płytę, basowe Burn This Disco Out. Znajdziemy tutaj jeszcze dwie kompozycje, które w pełni wyszły spod ręki Jacksona: Don’t Stop ‚Til You Get Enough Workin’ Day and Night (których domeną są instrumenty dęte nadające im jeszcze większego tanecznego potencjału) oraz jedną, której jest współautorem: pulsujące Get on the Floor z genialnym basem Louisa Johnsona. Nie sposób ominąć bujającego, lekkiego Rock with You, będącego jednym z największych przebojów, jakie zrodziły się z Off the Wall. Równie przyjemnie słucha się chillowego, przenoszącego w czasie It’s the Falling in Love. Średnio przy tym wszystkim rozumie się obecność minimalistycznego, (trochę zbyt) ckliwego She’s Out of  My Life, będącego na tej płycie chwilą wytchnienia. O wiele chętniej słucham następującego po nim, genialnego, soulowego, powolnego I Can’t Help It. Całość prezentuje się naprawdę smakowicie, pozostawiając wrażenie, że Off the Wall to najspójniejszy album w karierze Michaela Jacksona, choć jednocześnie taki, któremu nie zabrakło lekkości i luzu. []

Sprawdź: I Can’t Help It, Off the Wall, Rock with You


Thriller (1982)

Oto on – najlepiej sprzedający się album w historii muzyki. Mimo, że zawsze mówiłam, iż sprzedaż nie ma znaczenia, ciężko nie uznać tego za wielki suckes. Jak wypada muzycznie? To z pewnością kopalnia największych przebojów wokalisty, tych, które zanucić potrafi każdy. Rozpoczęte długim, ale porywającym, ikonicznym, basowym Wanna Be Startin’ Something wydawnictwo nie pozostawia wątpliwości, że osiągnięcie Michaela Jacksona jest w pełni zasłużone. To tutaj znalazło się genialne, wciąż świeże Billie Jean, którego linia basowa połączona z prostym perkusyjnym rytmem dała w efekcie niezapomniany popowy hit. Goni go energiczne, wyraziste Beat It ze słynnym gitarowym solo Eddiego Van Halena. Razem z tytułowym Thrillerem, którego jakości nie należy podważać, tworzą dla mnie złote trio tej płyty. Nagranie to przemyciło gatunek dreszczowca do muzyki, jednocześnie nie czyniąc go przesadnie ciężkim, czy mrocznym. Wręcz przeciwnie – każdy z nas wie, że Thriller jest nieśmiertelnym tanecznym bangerem, choć wybitną nutą grozy jest tu melorecytacja Vincenta Price’aP.Y.T. (Pretty Young Thing) to z kolei taneczne echo Off the Wall. O płycie tej przypomina też funkujące Baby Be Mine. Nie zabrakło tu jednak dla bilansu kilku ballad, które najlepszą stroną tego krążka nie są, ale jeśli miałabym wybierać, najbardziej lubię The Girl Is Mine wykonaną u boku Paula McCartneya. Można było spodziewać się dość typowego dla Michaela The Lady in My Life, którego słuchanie nie sprawia żadnego bólu, ale też nie zaskakuje specjalnie. Najsłabiej ze wszystkiego wypada Human Nature ze swoją dość kiczowatą aranżacją. To, że Thriller osiągnął największy sukces w karierze muzyka (a właściwie w ogóle muzyki rozrywkowej) jest faktem. Czy jednak idzie za tym stwierdzenie, że to jego artystycznie najlepszy album? Nie powiedziałabym, choć garść perfekcyjnych przebojów mogłaby za tym przemawiać. Prędzej jednak uznaję, że to płyta, która na pop wywarła ogromny wpływ i każdy choć raz powinien jej posłuchać, jeśli w ogóle mówi, że muzykę lubi. []

Sprawdź: Thriller, Billie Jean, Beat It


Bad (1987)

Po sukcesie, jaki odniósł Thriller otrząsnąć się mogło być trudno. Jednak ostatecznie i Bad przyniósł niezapomniane przeboje: zadziorne nagranie tytułowe oraz dobrze znane i nadal lubiane, dynamiczne Smooth Criminal. Właściwie słowem „dynamiczny” można określić cały ten album: nawet ballady – przepełnione pozytywną energią The Way You Make Me Feel, patetyczne choć mało ciekawe muzycznie Man in the Mirror, czy będące ładnym, wzniosłym dialogiem Michaela Jacksona  z Siedah Garrett I Just Can’t Stop Loving You – są naprawdę energiczne jak na swój typ. Zdecydowanie wyróżnia się tutaj zmysłowe, egzotyczne Liberian Girl, a obok niego Dirty Diana, w którym artysta eksperymentuje z rockowymi wpływami. Z przyjemnością słucham również charakterystycznego, na swój sposób funkującego Another Part of Me, w którym gitara basowa gra bardzo typowo dla lat 80., skutecznie przenosząc w nie słuchacza. Ciekawie przedstawia się wpadające w ucho Leave Me Alone, w którego refrenie przykuwają uwagę nałożone na siebie wokale. Dobrym smaczkiem okazuje się być chwytliwe Just Good Friends (przy okazji – jedyne nagranie, które nie było singlem z tej płyty), jakie urozmaicił swoim wokalem Stevie Wonder. Słaby punkt? Odkąd pamiętam średnio przepadałam za Speed Demon – dziś uważam, że wcale takie okropne nie jest, choć nadal przeszkadzają mi te „samochodowe” odgłosy. Kiedy wróciłam do Bad po dłuższym czasie, stwierdziłam, że tworzyszą mi sprzeczne odczucia słuchając tej płyty. Z jednej strony, Bad jako całość jest naprawdę charakterystyczne, indywidualne na tle innych krążków Jacksona i do bólu precyzyjne. To dla mnie bez wątpienia czysto wokalnie poziom wyżej niż dotychczas. Z drugiej strony, ta precyzyjność momentami mi przeszkadza – oczywiście, wiem dobrze, że artysta był perfekcjonistą, ale uwielbiałam tą większą swobodę, obecną choćby na Off the Wall.  Cieszy jednak fakt, iż muzyk zaczął eksperymentować z innymi gatunkami – odwaga zazwyczaj ostatecznie wychodzi na plus. Ostatnia współpraca Jacksona z Quincy Jonesem wypadła mimo wszystko całkiem nieźle, choć też wcale nie boli mnie, że na tym trzecim albumie się zakończyła. Tego okresu świetności nigdy się nie zapomni, ale przecież dostaliśmy potem jeszcze trochę ciekawych rzeczy, a więc po co narzekać. []

Sprawdź: Liberian Girl, Dirty Diana, Another Part of Me

Dodaj komentarz