RECENZJA #170: Michael Jackson – Dangerous (1991)

Minął czas, kiedy Michael Jackson był uzależniony od wytwórni Motown wciskającej mu niejednokrotnie mało ciekawe, nijakie piosenki. Minął też czas, kiedy ratowały go produkcje Quincy’ego Jonesa. Nastał natomiast ten moment, w którym król popu musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Sam zabrał się za stworzenie kolejnego dzieła, a do pomocy zaprosił Teddy’ego RileyaBruce’a Swediena Billa Bottrella. Czy jednak taki skład mógł zastąpić albo chociaż dorównać jakościowo poprzednim, ogromnym przebojom?

Oczywiście, wokaliście udało się wynieść z Dangerous kilka przyzwoitych przebojów. Tradycją stało się to, że Jackson nie oszczędzał na ilości singli promujących jego płyty – z tej stało się nimi aż dziewięć kompozycji – ale można tutaj wyróżnić te, które w jakiś sposób wybijają ponad resztę. Patrząc pod kątem rozpoznawalności, na pewno nieuniknionym jest wspomnienie tanecznego, gitarowego Black or White, które powinien znać każdy. Warto wspomnieć o intro z udziałem Macaulaya Culkina, będącego nieodłączną częścią tej piosenki. Dobrze kojarzymy też wzniosłą, bajeczną balladę Heal the World o wciąż aktualnej treści. Obok niego postawić można smyczkowe Gone Too Soon. Wyjątkowo wypada melodyjne Will You Be There, w którym sporo zrobiła Cleveland Orchestra, nadając kompozycji patosu. Do moich ulubieńców zaliczam również energiczne, funkujące, zadziorne Jam, w którym swoje „pięć minut” na rapową wstawkę otrzymał Heavy D. Nieźle wypada inspirowane R&B Remember the Time o fantastycznym, pod względem wokalnym, refrenem. Ciekawiej jednak od niego przedstawia się eksperymentalne In the Closet. Spoza singlowych numerów doceniam Why You Wanna Trip on Me, będące jeszcze lekkim powiewem minionej dekady.

Mimo mnóstwa dobrych momentów, pojawiło się coś, co w odbiorze Dangerous mi uwiera. O ile Jam jako pierwsze nagranie robi naprawdę niezłe wrażenie, o tyle powtarzanie produkcyjnego schematu z tej kompozycji, jest dla mnie po prostu irytujące. Kiedy włączam She Drives Me Wild ta spójność robi jeszcze w miarę dobre wrażenie, podczas Can’t Let Her Get Away jeszcze próbuję to zrozumieć, ale już przy samym Dangerous mówię: „Naprawdę? Znów?”. Dlatego cieszą mnie co jakiś czas odskoki od tej koncepcji: jednym z najlepszych nagrań jest tutaj rockowa ballada Give In to Me. Za dobrą power-balladę uznaję Keep the Faith – sztuką jest stworzyć taką, by nie wypadła kiczowato, ale Jacksonowi (nareszcie) się to udało. Gdzieś w tym wszystkim natomiast umyka proste, choć dobrze wyprodukowane Who Is It. 

Dangerous jest oczywiście płytą porządną, choć jak zawsze towarzyszą mi pewne wątpliwości co do tego, jaką ocenę powinnam jej przyznać. Pomimo jednak tej momentalnej powtarzalności, doszłam do wniosku, że trudno tutaj o kompozycję typowo słabą, a całość wypada jak na swoje czasy szczerze wyjątkowo i nowatorsko, a co więcej – wciąż brzmi niezwykle świeżo i aktualnie. Poza tym nie brakuje tu precyzji. Na płytach Michaela Jacksona dążenie do czystej perfekcji nie jest niczym dziwnym, choć mam wrażenie, że na Dangerous wszystko brzmi tak idealnie czysto i zostało nagrane z taką dokładnością, że oceniam go jako jeden z technicznie najlepszych jego krążków. To, że wyrobił sobie swoją niepodważalną markę wiedzieliśmy już przy okazji Off the Wall, ale to tutaj pokazuje, że potrafi się tej marki trzymać, jednocześnie nie pozwalając sobie stać w miejscu. []

Sprawdź: Jam, In the Closet, Give In to Me

1 Komentarz

Dodaj komentarz