RECENZJA #176: Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell! (2019)

Są wykonawcy, na których nową muzykę musimy czekać tak długo, że wyptrywanie kolejnego albumu zdaje się być nieskończonością. Lana Del Rey z pewnością do nich nie należy. Chociaż fani wokalistki ze zniecierpliwieniem odliczali dni do premiery Norman Fucking Rockwell! po tym, jak artystka podzieliła się z nimi kompozycją Mariners Apartment Complex w ubiegłym roku, nie można powiedzieć, że robi ona specjalnie długie przerwy pomiędzy krążkami. Del Rey wydaje muzykę w miarę regularnie i nie inaczej było tym razem. Jej poprzedni longplay, Lust For Life, ukazał się w 2017 roku, a więc na następcę czekaliśmy dwa lata.

Wiele słuchaczy zarzuca Lanie Del Rey monotonię i twórczość „na jedno kopyto”. A jednak w istocie każda płyta piosenkarki jest przecież zupełnie inna, nawet jeśli wszystkie łączy melancholia. Born To Die było zbiorem kompozycji często utrzymanych w stylu baroque-popu, gdzie surowość i wzniosłość przecinała cieplszejsze momenty. Na Ultraviolence zrobiło się zdecydowanie chłodniej, a Lana odważniej spojrzała na alternatywę i brzmienia inspirowane ambitnym rockiem. Bedące moim faworytem Honeymoon w pewnym sensie zmieszało te dwa style – nie było tak ciężkie jak poprzednik, ale też nie tak proste jak melodie z Born To Die. Na Lust For Life obok klasycznych „del-reyowych” ballad znalazło się miejsce na nowocześniejsze brzmienia u boku zaskakujących gości. Skoro tyle koncepcji zostało już wykorzystanych, czy Amerykanka zdołałaby czymś jeszcze zaskoczyć? Jak jest na Norman Fucking Rockwell!?

Album otwiera urzekająca swoją skromnością kompozycja. Tytułowy utwór to dojrzała ballada – oparta na pianinie, ale wsparta wspaniałymi, wyciszonymi instrumentami smyczkowymi. Mimo wszystko całość została pozbawiona zbędnego nadmiaru patosu, przez co Norman fucking Rockwell zachowuje niezwykle przyjemną lekkość. Opublikowane już znacznie wcześniej Mariners Apartment Complex zdaje się kontynuować klimat poprzednika. Już od pierwszego przesłuchania zaskakującym był dla mnie tutaj wpływ muzyki folkowej, słyszalny przede wszystkim w grze gitarzy akustycznej (choć z czasem usłyszymy także elektryczną). Z Norman Fucking Rockwell! ukazano nam zresztą przed premierą całkiem sporo, a każda kompozycja zaostrzała apetyt na całą płytę. Wspaniale słucha się delikatnego, minimalistycznego Venice Bitch, będącego może nieco za długą balladą, której najciekawszą częścią są elektroniczne dźwięki w partii instrumentalnej. Mi jednak serce zupełnie skradło dopiero hope is dangerous thing for a woman like me to have – but I have it, które okazało się być najskromniejszym nagraniem zamykającym całe wydawnictwo. Ciche dźwięki pianina wspaniale współgrają z wokalem artystki, który odgrywa tu rolę pierwszoplanową, a poruszający tekst, mający w sobie jednocześnie mnóstwo smutku, jak i siły, tylko utwierdza w przekonaniu jak dobra jest ta pozycja. Za bardzo udany moment uznaję też cover Doin’ Time grupy Sublime, będący najbardziej chillującym momentem płyty. Wersja Lany Del Rey nie odebrała luzu obecnego w oryginale, a jednocześnie została zaaranżowana tak, by pasowała do melancholijnego klimatu krążka. Na dokładkę tuż przed wydaniem Normana na świat dostaliśmy Fuck it, I love you z przepełnionym emocjami wokalem w refrenie oraz dojrzałe, wzniosłe The greatest. 

Co z nowości? Doszły mnie słuchy o tym, jak wiele osób wyczekiwało Cinnamon Girl – to rzeczywiście jedna z ciekawszych pozycji, zgrabnie łącząca żywe instrumenty z elektronicznymi wpływami: mogłaby się znaleźć także na Lust For Life, choć to do klimatu NFR! pasuje bardziej. Bardzo podeszło mi także utrzymane w rytmie walca How to disappear. Podoba mi się pewna niedbałość w surowych melodiach California. Nie sposób ominąć przepięknego Bartender opartego na hipnotyzującej grze pianina. Słuchaniu harmonijnego, wyciszającego Love song, czy Happiness is a butterfly może towarzyszyć uczucie, że coś podobnego już tutaj się znalazło, jednak w rzeczywistości każdy utwór jest na odpowiednim miejscu.

Niezmiernie podoba mi się, że Lana Del Rey odchodzi od chwytliwych melodii, czy łatwo zapadających w pamięć refrenów na rzecz większego emocjonalnego wkładu w swoje kompozycje. Nie uważam, by utwory artystki kiedykolwiek były bezmyślne, czy wpasowywały się w kanon nudnego popu, ale cieszy mnie fakt, że od Born To Die Lana nieustannie się rozwija. Chciałabym tu napisać, że się zmienia – ale nie w tym rzecz. Bo na Norman Fucking Rockwell! jest wciąż taka, jaką ją pokochaliśmy, tylko „bardziej”: bardziej wrażliwa, bardziej przepełniona melancholią, bardziej świadoma, dojrzała w pełnej okazałości i we wspaniałej formie: muzycznej, lirycznej, emocjonalnej, wokalnej. []

Sprawdź: Bartender, Fuck it I love you, Doin’ Time 

3 Komentarze

  • Mam dopiero w planach sięgnąć po ten album, ale podoba mi się już to co piszesz w podsumowaniu. Osobiście Lanę Del Rey (lub jak to mówią jej krytycy Lana Del Rey/more of the same 😀 😀 ) bardzo szanuję za wrażliwość i klimat, który jest nie do podrobienia.

    Pozdrawiam!
    https://wmuzyce.wordpress.com/

  • Nigdy wcześniej nie zagłębiałem się w twórczości Lany, single mi wystarczały, ale dzięki piosence, która wieńczy nowy album zacząłem zwracać większą uwagę. Całości jeszcze nie miałem czasu przesłuchać, ale gdybym nie planował, to i tak byś mnie zachęciła 🙂

Dodaj komentarz