RECENZJA #178: MARINA – Love + Fear (Acoustic) (EP, 2019)

Fani MARINY w tym roku raczej nie narzekają. Jeszcze parę miesięcy temu wokalistka podzieliła się nowym, dwupłytowym wydawnictwem Love + Fear, a już postanowiła odświeżyć umieszczone na nim kompozycje. Przyznaję bez bicia, że ostatnie działania artystki nie do końca mi się podobają – począwszy od skrócenia swojego pseudonimu artystycznego (z Marina and the Diamonds do po prostu MARINA) po muzykę, którą teraz tworzy. W każdym razie – informacja o wypuszczeniu przez piosenkarkę epki z akustycznymi aranżacjami wybranych pozycji z ostatniego wydawnictwa przywróciła mi w pewnym sensie nadzieję, że jeszcze coś ciekawego od niej w tym roku usłyszę.

Oczekiwałam, że na Love + Fear (Acoustic) znajdę porcję emocji, które na podstawowej wersji gdzieś znikały. Pod tym względem zdecydowanie nastąpił zawód, choć i tak wolę sięgać po te aranżacje, niż oryginały. MARINA wybrała na epkę pięć piosenek, które też zdecydowanie nie były moimi faworytami. Na pierwszy ogień poszło True, którego w pierwotnej wersji wręcz nie znosiłam, podobnie zresztą jak następującego po nim Superstar. True największa zmiana zaszła w zwrotkach, refren zaś nie stracił energicznego potencjału. Całość wypada przyjemnie, ale nie szokująco. Mimo wszystko nie spodziewałam się, że bardziej spodoba mi się Superstar, a szczególnie jej refren oparty na gitarze akustycznej. Kompozycja rzeczywiście nabrała pewnej melancholii i choć linia melodyjna wciąż jest tak samo prosta, o wiele lepiej wypada nowa aranżacja. Nie narzekam też na wyraziste No More Suckers, które okazało się być moim ulubionym punktem minialbumu, w którym wyjątkowo podoba mi się jego lekkość. Słabe momenty? Większego wrażenia nie zrobiło na mnie Orange Trees, w którym nie kombinowano za dużo, by brzmiało znacznie inaczej. O ile jednak podczas tego utworu po prostu ziewam, o tyle Karma wolę całkowicie omijać, bo zwyczajnie mnie irytuje, tak samo jak jej pierwsza wersja.

Zdecydowanie zawyżyłam swoje oczekiwania względem MARINY. Chociaż akustyczne wersje jej piosenek, jak już wspomniałam, są dla mnie w odsłuchu przyjemniejsze niż te pierwotne, postrzegając tę epkę jako zupełnie odrębne wydawnictwo, ciężko jest je silnie wybronić. To oczywiście nagrania precyzyjne i dokładne, ale zdecydowanie zabrakło mi w nich momentu zaskoczenia, zupełnej odskoczni od tego co było. Tęsknię za Mariną, która serwowała nam utwory wyraziste i charakterystyczne. Te obecne najwyraźniej trudno jest w jakiś sposób uratować. []

Sprawdź: No More Suckers, Superstar

 

1 Komentarz

Dodaj komentarz