RECENZJA #179: Mery Spolsky – Miło Było Pana Poznać (2017)

Kiedy w muzyce brakuje osób z charakterem, a w głowie myśl, że nasza dekada jest długim muzycznym kryzysem – przychodzi ona. Sanitariuszka Spolsky, czerwony krzyż dla mody i muzyki. Mery Spolsky zadebiutowała dwa lata temu (kiedy to minęło?) i dzielą ją już niecałe dwa tygodnie od sprawdzianu drugiej płyty. Jeszcze przyjdzie czas na to, bym powiedziała, czy w mojej opinii zdała ten test, ale tymczasem, z okazji rocznicy wydania jej pierwszego albumu, zechciałabym się mu przyjrzeć jeszcze raz. Żeby utwierdzić się w przekonaniu, że na ciąg dalszy warto czekać.

Mery Spolsky kojarzę już od paru dobrych lat – jeszcze z czasu, gdy lubiła grać ballady z gitarą w ręku. Z takiej perspektywy trochę paradoksalnym się wydaje, że artystka na pierwszej płycie o gitarze właściwie zapomniała. Miło Było Pana Poznać to solidna dawka elektroniki. Czasami bardziej, czasami mniej kiczowatej, choć okazuje się, że to drugie wyrażenie nie ma tu negatywnego wydźwięku – to po prostu muzyka Spolsky, a cały koncept to historia pewnej znajomości zamknięta w jedenastu piosenkach.

Miło będzie państwa poznać i wywołać w sercu dreszcz, ciarek deszcz, bardzo chciałabym przedstawić państwu się. […] Ja, Mery Spolsky, lubię pisać o miłości.

-wita się wokalistka w otwierającym album Dzień Dobry Very Much, pełniącym funkcję intro. Okazuje się, że podobna linia melodyjna występuje w utworze tytułowym, będącym pół-rapowanym, opartym na basowych, elektronicznych brzmieniach, przepełnionym grami słownymi listem do przedstawionego nam Pana. To jeden z typowych, płytowych „bangerów”. Kolejnym, jaki usłyszymy jest Wrzesień (Nie Zrób Mnie W Konia, Au!) – połączenie charakterystycznego bitu, energicznych zwrotek i zostającego na długo w głowie refrenu. Charakterystyczną produkcją jest też Liczydło, którego tekst, będący przewrotną nawijką, cały tonie właśnie w liczbach. Mamy również szybki Alarm i zabawną Sukienkę w Pasky z wirującymi dźwiękami w zwrotkach oraz dość banalnym refrenem.

Są jednak na Miło Było Pana Poznać mroczniejsze momenty, które jednocześnie udowadniają, że miłość to nie jedyny motyw tego albumu.  Brak jest surowym, rozpaczliwym wręcz w zakończeniu nagraniem, wyróżniającym się pośród innych, często ironicznych pozycji na krążku, którego refren to w pewnym sensie wyraz rozczarowania światem („Brak mi dolega, deficyt miłej dłoni”). Przegapiłam Pogrzeb Swój porusza temat śmierci („Przegapiłam pogrzeb swój, telefonem mnie zabili. Chciałam latać w niebie już, obok ciebie”). Kolego to utwór, w którym psychodeliczne, nietypowe zwrotki kontrastują z refrenem o prostej melodii. Całość przepełniona jest złością i bezsilnością: „Skończyło się na tym, że mam się trzymać, więc mówię: ty też, ty też, ty też […] Co mi z tego, że ja wszystko mogę, jak bez ciebie nic nie lubię”. Natomiast Niemą Mery wypełnia głównie smutek – to też dość charakterystyczny punkt tej płyty, bo jest jedynym nagraniem, w którym brzmi żywy instrument, czyli gitara elektryczna.

Moim zdecydowanym numerem jeden jest jednak Salvador Spolsky, zamykający cały album, leżący gdzieś pomiędzy psychodelią, a popową piosenką. Co jest tak niesamowitego w tej kompozycji? Klimat zwrotek jest niewiarygodny, a słuchając ich można się poczuć jak we wnętrzu obrazów samego Salvadora Dali, na którego postaci został zbudowany ten utwór. Dzięki nim ma prawdziwie surrealistyczny wyraz.

Nie da się ukryć, że choć ogromnym uznaniem darzę produkcje Spolsky (szczególnie dlatego, że wyszły spod jej ręki!), jej utwory bronią się głównie warstwą liryczną. Stylu Mery Spolsky nie da się podrobić. Image, który wokalistka przybrała, przekłada się na to co słyszymy w jej tekstach: dokładne, często zabawne rymy („Ja pierniczę, to liczenie wieje kiczem!” – Liczydło), ironia, całe mnóstwo nawiązań i metafor (urzekają mnie te o mamie piosenkarki: „To ta Ewa, co nalewa do głowy mi codziennie, bezustannie i niezmiennie bardzo mądre brednie” – Liczydło; „Panienka o imieniu Ewa cudnie mi śpiewa, piosenka rodem z nieba” – Sukienka w Pasky) oraz odwaga, bo Mery Spolsky nie boi się też przeklnąć („Kocham pana jak pojebana” – Miło Było Pana Poznać; „Dostałam paranoi telefoniczno-pojebanej” – Kolego). A najbardziej podoba mi się w nich to, że choć z zewnątrz wydają się banalne, w rzeczywistości są prawdziwą kopalnią dla tych, co lubią główkować i się w nich sporo doszukiwać.

Dziś o oryginalność trzeba się postarać. Nieważne gdzie, nieważne w jakiej dziedzinie – wymyślić coś, co sprawi, że nie da się ciebie z nikim pomylić, jest trudno. Mery Spolsky się to udało właściwie pod każdym względem, bez niczyjej pomocy (warto zaznaczyć, że cała płyta jest jej autorstwa – teksty, muzyka, produkcja i cały koncept to jej dzieło). Mery Spolsky ma pseudonim, który przykuwa uwagę. Pisze teksty, które z głowy łatwo nie wyjdą – są bardzo przyswajalne, ale nie bezmyślne. Ma wizerunek, którym zaraża słuchaczy: paski, krzyże, kolory – biały, czarny i czerwony – to coś, co jest u niej wszechobecne, zarówno w stroju, na scenie, jak i płycie. I melodie, które najczęściej osadzone są w popie, są jednak na tyle indywidualne, by nie dało się ich zakwalifikować do byle jakiej „radiówki”. Mery Spolsky jest dla mnie zjawiskiem, którego wszystkie elementy łączą się i dają efekt w postaci Miło Było Pana Poznać. Panią też było, nawet bardzo. []

Sprawdź: Salvador Spolsky, Wrzesień (Nie Zrób Mnie W Konia, Au!), Brak

4 Komentarze

  • Kocham tę płytę <3 Nie mogę doczekać się Dekalogu, coś czuję, że to też będzie sztosowy krążek.
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂

    • Jedyna rzecz, jakiej obawiam się co do Dekalogu to to, że pójdzie w prostsze melodie, bardziej typowo popowe, bo jednak nie będzie to już jej produkcja. Ale myślę, że tekstami spokojnie to wynagrodzi 😀

Dodaj komentarz