RECENZJA #180: The Lumineers – III (2019)

 

The Lumineers to jeden z tych nielicznych zespołów, którym jako tako udało się zdobyć popularność już przy okazji debiutu. Ho Hey to jeden z głośniejszych, indie-popowo-folkowych przebojów, który zanuciłoby wiele osób, czy taką stylistykę lubią, czy nie. A posiadać jeden spory przebój to już coś. Ciężko uwierzyć, ale od pierwszej, imiennej płyty grupy mija już siedem lat. W 2016 wypuścili w świat jego bardziej surowego następcę o tytule Cleopatra. Teraz wrócili z kolejnym albumem, który zatytułowali – wydaje się, że mało oryginalnie – III.

Okazuje się, że tytuł najnowszego dzieła amerykańskiego bandu nie oznacza tylko, że jest to faktycznie ich trzeci album. III ma pewną koncepcję, a ponieważ fanką płyt koncepcyjnych jestem, to już z góry uznałam, że ta pozycja może być dla mnie ciekawsza niż jej poprzedniczki. Tajemnicza trójka oznacza także podział wydawnictwa na rozdziały (każdy z nich to osobna płyta cd), a wszystkie dostaliśmy właściwie jeszcze przed wydaniem III jako całości, w formie epek. Rozdział pierwszy, Gloria Sparks został ukazany w maju, drugi – Junior Sparks – w sierpniu, a trzeci, Jimmy Sparks kilka dni przed premierą skończonego krążka. Jednak żeby nie było za nudno, to The Lumineers dorzucili na longplay jeszcze parę bonusów, bo przecież trzeba czymś słuchacza zaskoczyć.

Przyjrzyjmy się więc po kolei każdej części. III otwiera bardzo ładna pozycja – Donna to inspirowana stylem lo-fi ballada oparta na cichych dźwiękach pianina i wyraźnym wokalu. Chętnie wracam także do bujającego Life In The City, którego refren szybko zapada w pamięć. Na koniec pierwszego rozdziału mamy jeszcze folkowe, energiczne, choć niekoniecznie oryginalne Gloria. Część Junior Sparks przedstawia się jeszcze bardziej folkowo. Jest tu gitarowe, typowe dla The Lumineers It Wasn’t Easy To Be Happy For You, na początku wyciszające, a z czasem nabierające energii Leader Of The Landslide oraz najskromniejsze z tej trójki, a jednocześnie moje ulubione, gitarowe Left For Denver. Rozdział Jimmy Sparks to natomiast najdłuższy ze wszystkich – zawiera aż cztery utwory, choć jeden z nich, April, jest pięćdziesięciosekundowym, instrumentalnym przerywnikiem zagranym na pianinie. Kompozycje z tej części to ogólnie najchłodniejszy moment całego krążka. Świetnie wypada akustyczne My Cell – proste, ale poruszające nagranie, w którym najwięcej robi emocjonalny wokal. Sama kompozycja Jimmy Sparks też robi wrażenie – surowa, wzniosła, pełna mroku i najbardziej ze wszystkich czerpiąca z indie rocka. Dość kontrastuje to z łagodniejszym, choć wciąż utrzymującym nastrój niepokoju, niezwykłym Salt And The Sea. Na koniec dostajemy trzy bonusowe nagrania. Pierwsze z nich to Democracy, ciekawa, folkowa interpretacja nagrania Leonarda Cohena z lat 90., drugie to wyciszające Old Lady, w którym podobają mi się pojedyncze, równomierne uderzenia, a trzecie – Soundtrack Song o bardziej pozytywnym wydźwięku, niż reszta.

Zawsze darzyłam The Lumineers sympatią, chociaż nigdy nie nazywałabym się ich fanką. Nie powiem też, bym na nowy krążek wyczekiwała nie wiadomo jak, ale sięgnąć po materiał bez oczekiwań i zastać tam tak dobre brzmienia to najmilsza rzecz dla słuchacza. To nareszcie ta płyta, dzięki której nie tylko mogę powiedzieć, że lubię tych muzyków, ale i jestem pełna podziwu co do ich twórczości. Wprawdzie nie odbiegają oni znacznie od tego, co robili wcześniej, ale do tej swojej stylistyki dokładają coś nowego, próbują, nie boją się. Podoba mi się, jak ta płyta jest przemyślana. III to zdecydowanie jedna z moich ulubionych pozycji w 2019 roku. []

Sprawdź: Donna, My Cell, Salt And The Sea

4 Komentarze

Dodaj komentarz