RELACJA: blackbear – Warszawa, Klub Stodoła, 05.10.2019

Od jakiegoś czasu hip hop to jeden z najmodniejszych gatunków wśród młodszego grona odbiorców. Choć nie umniejszajmy statusu popu, który wciąż sobie radzi. Blackbear to jeden z wykonawców, który zgrabnie oscylują między wyżej wymienionymi gatunkami, jednocześnie czasami spoglądając w stronę R&B, a nawet inspirując się łagodnymi gitarowymi brzmieniami, dając w efekcie mieszankę tego, co jednym podejdzie, bo jest łatwo przyswajalne, a drugich odepchnie dokładnie z tego samego powodu. Ja, choć nigdy nie stawiałam wokalisty na piedestale, mimo wszystko nigdy nie spoglądałam na niego specjalnie źle, a to już niezły pretekst, by być ciekawym jak radzi sobie na żywo – amerykański artysta ostatnio po raz pierwszy zawitał do Polski i zagrał koncert w warszawskiej Stodole.

Zanim główna gwiazda ukazała się swojemu (zaskakująco jak dla mnie) licznemu gronu oddanych wielbicieli, na scenie pojawił się ktoś, kto miał nas rozgrzać przed jego koncertem. gabriel black, bo to jemu przypadła ta rola, okazał się być sympatycznym i w dodatku przyjemnym dla ucha wypełniaczem czasu. Artysta, który w zeszłym roku zadebiutował epką beautiful life  wyszedł do słuchaczy punktualnie o godzinie 19:00 i wykonał dosłownie kilka swoich utworów (m.in. pine trees, czy sad boy) – ja zabrałam ze sobą minimalistyczne jump. Co więcej, po całym show spotkał się z fanami, z chęcią pozował do zdjęć, rozdawał podpisy i z nimi rozmawiał.

Sam blackbear, choć w tym roku dorobił się kolejnej płyty w swojej dyskografii – ANONYMOUS, nie zapomniał o nieco starszych piosenkach. Z tego najnowszego repertuaru urzekł mnie jego ostatni singiel, którego przed koncertem namiętnie słuchałam – energiczne hot girl bummer (spoza tegorocznego albumu) oraz akustyczne CHANGES, podczas którego artysta wziął do ręki gitarę. Bardziej jednak zaskoczyła mnie nowa, również akustyczna aranżacja 90210 (w pierwotnej wersji utwór u boku G-Eazy), który, choć wolę go wciąż w oryginale, miło było usłyszeć w odświeżonym wydaniu, w jakim wypada bardziej pozytywnie. Ładnym momentem było minimalistyczne wykonanie hell is where i dreamt of u and woke up alone. Nie zapomniano o bardziej energicznych piosenkach z Deadroses: najgłośniej przyjęte zostały w moim odczuciu utwór tytułowy i Idfc. Koncert zakończył się głośno odśpiewanym przez fanów do re mi i pomimo długiego aplauzu oraz wołań, blackbear zszedł ze sceny raz i na bis się już więcej nie pojawił.

blackbear, choć nie zrobił na mnie oszołamiającego wrażenia, nie sprawił też, bym łapała się za głowę. Koncert wokalisty okazał się całkiem przyjemnym doświadczeniem, któremu nie zabrakło momentów zaskoczenia. Przyznam, że choć czegoś mu zabrakło – może bardziej intymnego kontaktu z fanami, albo większej ilości emocji – warto było się tam pojawić. Choćby po to, by  dobrze się pobawić. Albo poznać jego debiutującego kolegę. Życzę sobie, by gabriel black rzeczywiście pojawił się jeszcze w Polsce, tak jak mi powiedział.

 

3 Komentarze

Dodaj komentarz