RELACJA: Mery Spolsky – Łódź, SODA Underground Stage, 30.11.2019

Po pierwszym koncercie Mery Spolsky, na jakim dane mi było się pojawić pisałam, że z chęcią zobaczyłabym ją drugi raz – to był marzec 2018 roku, koncert w ramach trasy promującej jej debiutancki krążek, Miło Było Pana Poznać. Niecały rok później,  uznałam, że jej koncerty to istny szau i najlepsza impreza na świecie. A więc pojawiłam się także na tegorocznym festiwalu Co Jest Grane 24. Po drodze wykorzystałam jeszcze kilka okazji by spotkać się z wokalistką, a z każdym moja sympatia do niej się zwiększała. Wiedziałam już, że podczas Bigotka Tour jeden koncert to będzie zdecydowanie za mało – zaplanowałam więc trzy. 15 listopada pojawiłam się w Częstochowie, a przez dwa kolejne tygodnie z niecierpliwością czekałam na występ w Łodzi, wiedząc już, że Mery znów zaserwuje mi jeden z najbardziej ekscytujących wieczorów w  życiu – jakkolwiek patetycznie to brzmi.

Byłam już przygotowana na to, co wydarzy się w  łódzkim klubie SODA Underground Stage – a przynajmniej tak mi się wydawało. Już przy okazji poprzednich tras mogłabym pisać całe akapity o tym, jak Mery potrafi zachęcić każdego do czynnego udziału w jej koncercie – klaszcząc, uderzając w tamburyn, skacząc i namawiając do śpiewania. Tym razem jednak już podczas rozpoczynającego jej występ intro, usłyszeliśmy głos artystki, przedstawiający całą „instrukcję” odbioru koncertu, która zawiera m.in. nakaz odśpiewywania wszystkich refrenów i nagrywania filmików na Facebooka. Z góry jest jasne, że koncert Spolsky jest po to, by dobrze się bawić.

Nie da się ukryć, że Mery Spolsky promując Dekalog Spolsky robi show – a na pewno stara się robić je jak największe na swoje możliwości. Pojawiły się nieskomplikowane układy taneczne, które publiczność chętnie wykonuje razem z piosenkarką. Obok tego do Technosmutku, który znany jest już od jakiegoś czasu, pojawił się także nowy, do KA, wykonywany oczywiście wspólnie z towarzyszącym Mery producentem No Echoes. A jak już przy nim jesteśmy – założę się, że słuchacze jego samego darzą również ogromną sympatią (osobny aplauz dla niego jest na to żywym dowodem). Nie da się ukryć, że fakt, iż ta dwójka gra razem robi sporo. Grzegorz Stańczyk – bo tak naprawdę nazywa się muzyk – zdecydowanie urozmaica występ grą na gitarze elektrycznej i basowej, czy nawet śpiewając drugi głos (fenomenalne wspólne zakończenie Cielistych Rajstop). I choć dawniej byłam zachwycona Mery Spolsky jako solowym performancem, to niezwykle miło się patrzy, jak teraz oboje się uzupełniają. Warto zwrócić uwagę na to, że na tej trasie Mery odstawiła akustyczną gitarę. Teraz gra na tej elektrycznej, a jedynymi momentami, które ucieszą miłośników ballad są: za każdym razem wzruszająca Szafa Meryspolsky, skromniejsza aranżacja Bigotki i „sofarowa” wersja Miło Było Pana Poznać. Najbardziej elektroniczne i bangerowe momenty to zdecydowanie Sorry From The Mountain, Mazowiecka Kiecka i oczywiście FAK. Z pierwszej płyty znalazło się singlowe Liczydło i – co niezmiernie mnie cieszy – Wrzesień (Nie Zrób Mnie W Konia, Au!), któremu gitara dodała pop-rockowego wyrazu. Natomiast jedyny utwór z drugiej płyty, którego na koncercie zabrakło to Kosmiczna Dziewczyna. 

To dość zabawne, że Mery w jednym ze swoich  wcześniejszych wywiadów wspomniała, że najgorzej wspomina koncert w Łodzi, gdyż przyszła na niego wtedy zaledwie garstka osób. Widocznie tym razem słuchacze postanowili jej to wynagrodzić, bo choć sold-outu nie było, to miałam wrażenie, że klub jest wypełniony po brzegi. Ilość osób ubranych w pasky i szczerze zaangażowanych w ten koncert była szokująca. Cieszył mnie i wzruszał czas przed samym występem, kiedy fani wspólnie odśpiewali refreny wszystkich utworów Mery z obu jej płyt. Nie dziwi mnie jednak, że wielbicieli muzyki spolsky przybywa. Sama nie spodziewałam się, że będę miała ochotę objeżdżać za tą wokalistką Polskę. A jednak, jej koncerty potrafią być uzależnieniem. To jedyne, na co powinniście uważać, kiedy decydujecie się, by pierwszy raz na niego iść. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł nie ulec urokowi Mery Spolsky – jej pewność siebie i pozytywne podejście zarażają. Biję brawo, bo wspaniale jest od tylu lat obserwować, jak Mery i jej muzyka ewoluują. I nie zapominam o aplauzie dla No Echoes. Amen ramen.


Setlista:
(Intro)
Blond Włosy

Liczydło
Sorry From The Mountain
KA
Szafa Meryspolsky
Wrzesień (Nie Zrób Mnie W Konia, Au!)
Ups!
Cieliste Rajstopy
(Interlude – Dekalog)
Mazowiecka Kiecka
FAK
– 
Miło Było Pana Poznać
Technosmutek

1 Komentarz

Dodaj komentarz